 |
 |
|
Jordan Robert - Smok Odrodzony |
| Autor |
Wiadomość |
wredna
..:Out Of Order:..


Wiek: 30 Dołączyła: 11 Mar 2006 Posty: 2282 Skąd: Londyn
|
Wysłany: 2007-01-29, 19:58
|
|
|
Jordan Robert - Smok Odrodzony
Dane szczegółowe:
Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
Oprawa: Miękka
Format: 12.0x19.0cm
Język: polski
Ilość stron: 832
ISBN: 8372989826
Tytuł oryginału: THE DRAGON REBORN
Tłumacz: Karłowska Katarzyna
PROLOG
FORTECA ŚWIATŁOŚCI
Wiekowe spojrzenie Pedrona Nialla wędrowało po całej przestrzeni jego prywatnej komnaty przyjęć, ale ciemne oczy zasnute mgłą myśli nie widziały niczego. Poszarpane ozdoby wiszące na ścianach były kiedyś sztandarami bitewnymi wrogów jego młodości, teraz wtopiły się w ciemne drewno boazerii, którą wyłożono kamienne mury, grube nawet tutaj, w samym sercu Fortecy Światłości. Jedyny fotel, jaki znajdował się w komnacie - ciężki, z wysokim oparciem, przypominający niemalże tron - umykał jego nie widzącemu spojrzeniu, podobnie jak kilka rozproszonych w jej przestrzeni stolików, dopełniających umeblowania. Nawet mężczyzna w białym płaszczu - z widoczną na twarzy, ledwie powstrzymywaną gorliwością - klęczący na promiennym słońcu osadzonym w szerokich deskach podłogi przestał na chwilę przykuwać uwagę Nialla, choć wszak niewielu potrafiłoby zbyć go tak lekko.
Jaretowi Byarowi dano trochę czasu, aby się umył, zanim doprowadzono go przed oblicze Nialla, jednak zarówno jego hełm, jak i napierśnik zmatowiały od kurzu dróg i pogięły się od częstego użycia. Ciemne, głęboko osadzone oczy lśniły gorączkowym, naglącym światłem w twarzy, z której zniknęły wszystkie zbędne skrawki mięśni. Nie miał przy sobie miecza - nie zezwalano na posiadanie broni w obecności Nialla - zdawał się jednak trwać nieprzerwanie na skraju gwałtu, niczym pies szarpiący się na smyczy.
Niewielkie ognie w długich kominkach po obu stronach pomieszczenia rozpraszały nieco chłód późnej zimy. Na pierwszy rzut oka widać było, że jest to prosty, żołnierski pokój, wszystko dobrze odrobione, ale bez ekstrawagancji - wyjąwszy słońce na podłodze. Umeblowanie pojawiło się w komnacie przyjęć Lorda Kapitana Komandora Synów Światłości razem z człowiekiem, którego wyniesiono na ten urząd. Rozbłyskujące słońce z czystego złota, które ścierały do gołego drewna pokolenia petentów, a wtedy zastępowano je i kolejne rzesze ścierały je na nowo. Złota było w nim wystarczająco wiele, aby kupić za nie dowolną posiadłość w Amadicii, razem z przypisanym do niej tytułem szlacheckim. Przez dziesięć lat Pedron Niall kroczył po tym złocie i nigdy nie pomyślał o nim po raz drugi, podobnie zresztą jak o wizerunku słońca wyszytym na piersiach jego białej tuniki. Złoto nie miało wiele powabu dla Pedrona Nialla.
Ostatecznie oczy jego spoczęły na stole, stojącym w pobliżu fotela, zasłanym planami, rozrzuconymi listami i raportami. W tym rozgardiaszu znajdowały się trzy luźno zwinięte rysunki. Niechętnie podniósł jeden z nich. Nieważne który, wszystkie przedstawiały tę samą scenę; choć wykonały je różne dłonie.
Skóra Nialla była cienka jak przezroczysty pergamin, wiek opinał ją ściśle na ciele złożonym z samych kości i ścięgien, słabość wydawała się jednak nie mieć doń dostępu. Żaden mężczyzna nie piastował urzędu Nialla, zanim jego włosy nie stały się białe, żadnemu się to nie udało, jeśli nie był równie twardy jak kamienie, z których zbudowano Kopułę Prawdy. Nagle dojrzał z całą jasnością poznaczony ścięgnami grzbiet dłoni ściskającej rysunek, uświadomił sobie potrzebę pośpiechu. Było coraz mniej czasu. Jego czas się kurczył. Ale musi go wystarczyć. Musi działać tak, by wystarczyło czasu.
Rozwinął do połowy pergamin, tylko tyle, by zobaczyć interesującą go twarz. Kredka rozmazała się trochę w podróżnych jukach, ale twarz była wyraźnie widoczna. Szarooki młodzieniec z rudawymi włosami. Wyglądał na wysokiego, nie można jednak było mieć ostatecznej pewności. Pominąwszy włosy i oczy, mógłby mieszkać w dowolnym miasteczku, nie wzbudzając żadnych podnieconych komentarzy.
- Ten... ten chłopiec ogłosił się Smokiem Odrodzonym? - wymruczał Niall.
Smok. Imię to spowodowało, że nagle poczuł dreszcz od przeszywającego chłodu zimy, poczuł się stary. Imię wsławione przez Lewsa Therina Telamona, kiedy jednym aktem skazał na potępienie każdego mężczyznę, który po¬trafiłby przenosić Jedyną Moc, wówczas i na zawsze, na szaleństwo i śmierć, włączając w to samego siebie. Minęło ponad tysiąc lat, od czasu gdy duma Aes Sedai i Wojna z Cieniem położyły kres Wiekowi Legend. Trzy tysiące lat, ale dzięki proroctwom i legendom ludzie pamiętali... przy¬najmniej samą istotę opowieści, choć szczegóły pochłonął czas. Lews Therin Zabójca Rodu. Człowiek, który zapoczątkował Pęknięcie Świata, kiedy szaleńcy zdolni do drenażu mocy, która kieruje wszechświatem, zrównywali z ziemią góry, zatapiali starożytne lądy pod wodami mórz, kiedy całe oblicze ziemi odmieniło się, a ci, którzy przeżyli, jak dzikie zwierzęta umykali przed światłem ognisk. Nie kończąca się tortura, dopóki ostatni mężczyzna Aes Sedai nie padł martwy, a rozproszona rasa ludzka mogła rozpocząć odbudowę wszystkiego z gruzów, przynajmniej tam, gdzie chociaż gruzy pozostały. Opowieść o tym wpajały w pamięć historie, które matki opowiadały dzieciom. A proroctwa mówiły, że Smok odrodzi się ponownie.
Niall jedynie głośno myślał, ale Byar postanowił mu odpowiedzieć.
- Tak, mój Lordzie Kapitanie Komandorze, tak uczynił. Wynikło z tego większe szaleństwo, niźli z winy któregokolwiek z fałszywych Smoków, o jakich słyszałem. Tysiące już zadeklarowały swoje dla niego poparcie. Tarabon i Arad Doman pogrążyły się w stanie wojny domowej, a także wszczęły wzajemną waśń. Walki toczą się na całej Równinie Almoth i na Głowie Tomana, Tarabonianie przeciw Domanom, przeciw Sprzymierzeńcom Ciemności domaga¬jącym się Smoka... trwały w każdym razie, dopóki zimowe chłody nie położyły im kresu. Nigdy dotąd nie słyszałem, by rozszerzało się to tak szybko, mój Lordzie Kapitanie Komandorze. Jakby wrzucić zapaloną latarnię do stodoły pełnej siana. Śniegi mogły na jakiś czas zdusić zarzewie wojny, ale gdy przyjdzie wiosna płomienie wybuchną z no¬wą siłą, potężniejsze zapewne niż w zeszłym roku.
Niall przerwał mu, unosząc palec do góry. Już dwukrotnie słyszał tę opowieść z ust Byara, głos tamtego za każdym razem pobrzmiewał gniewem i nienawiścią. Jej fragmenty poznał zresztą wcześniej z innych źródeł i o niektórych wydarzeniach wiedział więcej niż Byar, niemniej za każdym razem, kiedy ją słyszał, na nowo rozpalała w nim namięt¬ności.
- Geofram Bornhald zginął, a wraz z nim tysiąc Synów. I odpowiedzialne są za to Aes Sedai. Nie masz żadnych wątpliwości, Synu Byar?
- Żadnych, mój Lordzie Kapitanie Komandorze. Po potyczce na drodze do Falme widziałem dwie wiedźmy z Tar Valon. Kosztowały nas pięćdziesięciu zabitych, zanim wreszcie naszpikowaliśmy je strzałami.
- Jesteś pewien... całkowicie pewien, że były to Aes Sedai?
- Ziemia eksplodowała nam pod stopami. - Głos Byara był zdecydowany i pełen wiary w wypowiadane słowa. Jaret Byar doprawdy nie miał zbyt przeczulonej wyobraźni, śmierć stanowiła część żołnierskiego życia, niezależnie od tego, w jaki sposób się ją spotykało. - W nasze szeregi uderzały błyskawice, walące się wprost z jasnego nieba. Mój Lordzie Kapitanie Komandorze, kim innym mogłyby one być?
Niall pokiwał ponuro głową. Od czasu Pęknięcia Świata nie było już mężczyzn Aes Sedai, jednak te kobiety, które rościły sobie prawo do tego tytułu, nadal potrafiły wystarczająco napsuć krwi. Bez przerwy paplały o swych Trzech Przysięgach: nie wypowiadać żadnych słów, które nie są prawdą; nie wytwarzać żadnej broni, dzięki której człowiek mógłby zabić człowieka; używać Jedynej Mocy jako broni wyłącznie przeciwko Sprzymierzeńcom Ciemności i Pomiotowi Cienia. Teraz wszak okazało się, ile warte są te przysięgi, odsłoniło się zawarte w nich kłamstwo. Zawsze uważał, że nikt nie może pragnąć mocy, którą władały, nie rzucając jednocześnie wyzwania Stwórcy, a to równało się służbie dla Czarnego.(...) |
|
|
|
 |
Reklama
|
|
 |
|
|
Suknie Slubne
|
|
|