Irving Stone: Pasja życia.
Irving Stone: Pasja życia.
    Irving Stone: Pasja życia.                 FAQ      Szukaj      Użytkownicy   
  · Zaloguj Rejestracja · Profil · Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości  



Odpowiedz do tematu
Poprzedni temat :: Następny temat
Irving Stone: Pasja życia.
Autor Wiadomość
B.P. 
Życie jest piękne...



Wiek: 36
Dołączyła: 23 Wrz 2005
Posty: 750
Wysłany: 2007-02-10, 12:42   Irving Stone: Pasja życia.

Pasja życia. Irving Stone




Księga druga
Etten

I
Theo i Vincent spędzili razem jeden dzień w Brukseli, po czym Theo wrócił do Paryża. Nadeszła wiosna, wabił krajobraz brabancki, ojczyzna zdawała się czarodziejską przystanią.
Vincent kupił sobie ubranie z czarnego grubego sztruksu, jakie zwykli nosić robotnicy, oraz trochę szarego papieru rysunkowego i pierwszym pociągiem pojechał do Etten.
Anna Kornelia nie pochwalała Życia, jakie wiódł Vincent, gdyż wiedziała, że przynosi mu ono więcej cierpienia niż radości. Theodorus miał obiektywne przyczyny niezadowolenia; gdyby Vincent nie był jego własnym synem, nie chciałby się z nim w ogóle stykać! Był pewien, że tryb życia Vincenta nie podoba się Bogu - z drugiej jednak strony przeczuwał, że Bogu podobałoby się jeszcze mniej, gdyby ojciec odtrącił syna. Vincent zauważył natychmiast, że ojciec posiwiał i że prawa powieka zasłania mu jeszcze bardziej oko niż dawniej. Lata ściągnęły mu jak gdyby rysy; nie nosił brody, która zakryłaby braki, a wyraz
twarzy zmienił mu się z dumnego w niepewny. Matkę zastał Żwawszą i jeszcze milszą niż dawniej. Starość ukształtowała ją nie naruszając i nie niszcząc. Jej uśmiech pełen był przebaczenia za wszystkie błędy i słabości. Każdy rys szerokiej, pełnej i dobrotliwej twarzy potakiwał radośnie pięknu Życia. Rodzina psuła Vincenta w pierwszych dniach pożywnym jadłem i serdecznością. Poszło jakby w zapomnienie, że Vincent nie ma pieniędzy ani przyszłości. Wałęsał się po wrzosowiskach, koło rozrzuconych tu i tam, krytych strzechą chat, przyglądał się drwalom ścinającym drzewa, spacerował w stronę Roozendaal, mijając cmentarz i uprawne pola. Wspomnienie Borinage zacierało się z wolna. Nabierał zdrowia i sił i już po krótkim czasie czuł, że musi znów wziąć się do pracy. W pewien deszczowy ranek Anna Kornelia zeszła do kuchni wcześniej niż zwykle; w piecu już trzeszczał ogień. Vincent siedział przed piecem z nogami opartymi o ruszt i trzymał na kolanach niewykończoną kopię obrazu Les Heures de la Journee*.
- Dzień dobry, synu - powiedziała.
- Dzień dobry, mamo. - Pocałował ją czule w szeroki policzek.
- Co cię wygnało tak wcześnie z łóżka, synku?
- Chciałem pracować.
- Pracować?
Anna Kornelia spojrzała na szkic na jego kolanach, potem na ogień w piecu.
- Ach tak, chciałeś napalić. Ale po to doprawdy nie potrzebujesz zrywać się tak wcześnie.
- Nie, mamo, chciałem rysować.
- Rysować? - Wydało jej się to dziecinną zabawką. -Chcesz się zajmować rysowaniem?
- Tak.
Vincent wytłumaczył jej swą decyzję, dodając, że Theo jest gotów mu pomóc. Wbrew oczekiwaniu Anna Kornelia zdawała się aprobować jego zamiar. Poszła szybko do swego pokoju i po chwili wróciła z listem w ręku.
- Nasz krewny, Anton Mauve, jest także malarzem... i zarabia pono nieźle. Onegdaj dostałam list od
siostry; wiesz przecie, że Mauve poślubił jej córkę Jet. Otóż donosi, że mijnheer Tersteeg sprzedaje u Goupilów każdy obraz Antona za pięćset, sześćset franków.
- Tak, Mauve stał się jednym z naszych najwybitniejszych malarzy.
- Ile czasu potrzeba na wymalowanie takiego obrazu, Vincencie?
- To zależy, mamo. Niektóre wymagają tylko kilku dni, na inne potrzeba paru lat.
- Paru lat! Wielki Boże!
Anna Kornelia zastanawiała się chwilę, potem spytała:
- A czy umiesz rysować ludzi tak, aby byli do siebie podobni?
- Nie wiem. Mam na górze kilka szkiców, przyniosę je, to sama zobaczysz.
Gdy wrócił, matka, przepasana już białym fartuchem kuchennym i w czepku na głowie, stawiała właśnie na piecu duży sagan z wodą. Błyszczące biało-niebieskie kafle ścian nadawały kuchni wygląd radosny.
- Piekę twój ulubiony sernik, Vincencie. Czy pamiętasz?
- Czy pamiętam? O mamo!
Objął ją ramieniem. Spojrzała na niego, uśmiechając się w zadumie. Był jej najstarszym i najbardziej ukochanym dzieckiem. Jego niepowodzenia były jej jedyną troską.
- Czy cieszysz się, że jesteś w domu, u matki? Uszczypnął ją wesoło w pomarszczony, lecz czerstwy policzek.
- Tak, kochana - odparł.
Wzięła szkice przedstawiające ludzi z Borinage i długo się im przyglądała.
- Ależ, Vincencie, coś ty zrobił z twarzami?
- Jak to?
- Przecie ci ludzie nie mają w ogóle twarzy!
- Wiem o tym. Interesowały mnie tylko ich postacie.
- Ale umiesz chyba rysować twarze? Jestem pewna, że wiele pań tu, w Etten, chciałoby mieć swoje portrety. Mógłbyś żyć z tego.
- Sądzę, że tak. Muszę jednak poczekać, aż zupełnie opanuję technikę rysunku.
Matka wbijała właśnie jaja do miski z kwaśnym serem przetartym przez sito. Odwróciła się od pieca, ze skorupką w każdej ręce.
- Sądzisz, że musisz tak dobrze rysować, aby twoje portrety można było sprzedawać?
- Nie - odparł Vincent, nie przestając szkicować - muszę opanować technikę po prostu po to, aby rysunek był bez zarzutu. Matka, zamyślona, mieszała Żółtka z serem; po chwili rzekła:
- Nie rozumiem tego.
- Ja też nie - powiedział Vincent - ale tak być musi. Przy śniadaniu, nad pulchnym, złotym,
zrumienionym sernikiem, zdała Anna Kornelia mężowi sprawę z tej rozmowy. Oboje mieli już niejedną chwilę troski i niepokoju z powodu Vincenta.
- A jak się przedstawiają twoje widoki na przyszłość, Vincencie? - zapytał ojciec. - Czy będziesz mógł żyć z tego?
- Z początku nie. Theo chce mi pomóc, póki nie stanę na własnych nogach. Skoro nauczę się dobrze rysować, będę mógł tym zarabiać. Rysownicy zarabiają w Paryżu i Londynie od dziesięciu do piętnastu franków dziennie, również ilustratorzy czasopism są dobrze opłacani.
Theodorus odczuł ulgę, słysząc, że syn myśli o przyszłości i nie ma zamiaru pędzić nadal
próżniaczego Życia.
- Spodziewam się, Vincencie, że tym razem okażesz większą wytrwałość. Nic nie osiągniesz, jeśli wciąż się będziesz przerzucał.
- To się skończyło, ojcze, tego nie porzucę.
II
Po pewnym czasie deszcz przestał padać, wypogodziło się. Vincent wziął sztalugi i przybory
rysunkowe i począł rozglądać się po okolicy. Najchętniej pracował na wrzosowiskach, w pobliżu Seppe, niekiedy szedł w stronę wielkiego moczaru w Passievaart, aby rysować lilie wodne. Etten było małą, ciasno zabudowaną mieściną; niedługo zaczął zwracać na siebie uwagę. Czarne ubranie sztruksowe było pierwszym tego rodzaju w miasteczku; dotąd nie widziano tu również dorosłego człowieka, który by spędzał dnie na polach z ołówkiem i papierem. Dla parafian ojca był na swój sposób uprzejmy, ale oni woleli go unikać. Wszystko w nim było osobliwe i śmieszne: strój, szorstkie maniery, rudawa broda, to, że nic nie robił, tylko siedział na polach i patrzył. Budził w mieszkańcach nieufność i lęk, chociaż nikomu nic złego nie uczynił i pragnął jedynie, by go zostawiono w spokoju.
Był po prostu inny. Sam nic nie zauważył, nie przeczuwał, że ludzie go nie lubią.
Pracował nad wielkim studium lasu sosnowego, który wycinano. Uwagę skupił na samotnym drzewie na skraju wąwozu. Jeden z karczujących podchodził niekiedy i spoglądał mu przez ramię na papier, szczerząc bezmyślnie zęby lub chichocząc.
Szkic zajął Vincentowi trochę czasu. Śmiech pracującego w lesie chłopa był co dzień głośniejszy. Vincent postanowił wybadać, co go tak śmieszy.
- Uważa pan to za śmieszne - spytał grzecznie - że rysuję drzewo?
Chłop ryknął śmiechem.
- Tak, tak, to strasznie zabawne. Pan jest z pewnością wariatem.
Vincent zastanowił się chwilę, po czym zapytał:
- Czy byłbym wariatem, gdybym sadził drzewo? Chłop spoważniał natychmiast.
- O nie, na pewno nie!
- A czy byłbym wariatem, gdybym hodował drzewo?
- Nie, rzecz prosta, że nie.
- A gdybym zrywał jego owoce?
- Pan kpi sobie ze mnie!
- A gdybym ścinał drzewo, tak jak wy?
- Nie, drzewa trzeba ścinać!
- Więc mógłbym posadzić drzewo, hodować je, zrywać owoce, ściąć je, ale gdy je rysuję, jestem wariatem, prawda? Chłop znów wyszczerzył zęby.
- Oczywiście jest pan wariatem, jeżeli pan siedzi tu i rysuje. Całe miasteczko tak mówi.
Wieczory spędzał wraz z rodziną przy ogromnym stole w pokoju bawialnym. Szyto tam, czytano, pisano listy. Kor, najmłodszy brat, był cichym, małomównym dzieckiem. Z sióstr Vincenta Anna wyszła już za mąż i opuściła dom rodzicielski. Elżbieta nienawidziła go i zachowywała się rozmyślnie tak, jak gdyby go wcale nie było. Wilhelmina była Życzliwa i wyrozumiała, pozowała bratu i odnosiła się do niego z bezkrytyczną przyjaźnią, ale mówili z sobą tylko o codziennych sprawach. Vincent pracował również przy stole w świetle dużej Żółtej lampy, stojącej pośrodku. Ćwiczył się w kopiowaniu reprodukcji i własnych rysunków wykonanych w dzień pod gołym niebem. Ojciec obserwował go, jak kilkanaście razy kopiował coś i za każdym razem odrzucał skończony rysunek, gdyż go nie zadowalał. W końcu nie mógł się powstrzymać od uwagi:
- Vincencie - zapytał, nachylając się nad szerokim stołem - czy nigdy nie wychodzi ci dobry rysunek?
- Nie - odparł Vincent.
- W takim razie wydaje mi się, że znów popełniłeś błąd.
- Popełniłem wiele błędów, ojcze. Co masz na myśli?
- Sądzę, że gdybyś był naprawdę utalentowany, gdybyś był urodzonym artystą, rysunek udałby ci się od razu. Vincent spojrzał na studium chłopa, który klęczał nad workiem i wkładał do niego kartofle. Nie umiał znaleźć właściwej linii ramienia.
- Możliwe, ojcze.
- Sądzę, że nie musiałbyś rysować setki razy tego samego bez rezultatu. Gdybyś miał wrodzone zdolności, rysunek udałby ci się od pierwszego rzutu.
- Natura zawsze stawia artyście z początku opór - odparł Vincent, nie odkładając ołówka. - Ale ten opór nie powinien mnie zniechęcać, jeżeli istotnie mam poważny stosunek do pracy. Przeciwnie, winien mi dodawać bodźca.
- To mi się nie mieści w głowie - rzekł Theodorus. -Podobnie jak ze zła nie może nigdy narodzić się dobro, tak z kiepskiej roboty nie może nigdy wyjść dobra.
- To jest może słuszne w teologii, ale nie w sztuce -rzekł Vincent.
- Nie masz racji, synu. Praca artysty jest albo dobra, albo zła. W tym drugim wypadku nie jest on artystą. Powinien to sam pojąć od razu i nie tracić czasu ani sił.
- Ale jeśli tworzenie złego malarstwa daje mu szczęście? Co wtedy?
Theodorus przetrząsnął skarbiec swej teologicznej wiedzy, lecz na to pytanie nie znalazł odpowiedzi.
- Nie - rzekł Vincent. Wymazał wór z kartoflami, lewe ramię chłopa zawisło teraz sztywno w
powietrzu. - W gruncie rzeczy natura i prawdziwy artysta są ze sobą w zgodzie. Trzeba walczyć i zmagać się może całe lata, zanim natura się podda. Lecz w końcu zła, bardzo zła praca zmieni się w dobrą i zrehabilituje artystę.
- A jeśli do końca nie będzie w ogóle postępu? Już od kilku dni rysujesz tego klęczącego chłopa i rysunek wciąż jest zły. A jeśli tak dalej pójdzie całe lata?
Vincent wzruszył ramionami.
- Artysta musi pracować, licząc się nawet z tym niebezpieczeństwem.
- Czy wynagrodzenie warte jest wtedy trudu?
- Jakie wynagrodzenie?
- Zapłata i stanowisko społeczne.
Vincent oderwał oczy od rysunku i spojrzał zdziwiony w twarz ojcu, jak gdyby widział go po raz pierwszy.
- Myślałem, że mówimy o dobrej i złej sztuce - odparł tylko.

:sunny: Pozdrawiam.

Przepraszam za literówki, mogą się pojawić.
 
 
 
Reklama









Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku


Skocz do:  


POPULARNE TEMATY: Giovanni Reale Historia filozofii starożytnej  |   RL Stevenson  |   Jesteśmy w tym wszyscy razem  |   Opowieści o Żydach, wojenne  |   Książki o narkomani i innych problemach  |   Różnorodność literatury powstałej pod wpływem II wojny świat  |   [ebook] harry potter and the deadly hallows  |   Jestem ciekawa co o tym myślicie  |   Opowieść fantasy na blogu - w trakcie tworzenia  |   Odgrzebany po latach  |   Bałkańskie zapiski kuchenne  |   Tracę ciepło Łukasz Orbitowski  |   Jakie ksiazki chcielibyście, aby wydano  |   Dziewczynka i 2 wymyślonych przyjaciół  |   Analiza literacka fenomenu Słowa - pisarze i ich dzieła  |   Elfriede Jelinek - Jesteśmy przynętą  |   Adam Asnyk  |   Społeczne i kulturowe uwarunkowania adopcji w Polsce  |   Opowiadanie o Hillaru Duff



Suknie Slubne
Aktualny temat: Irving Stone: Pasja życia. . Forum poświęcone literaturze polskiej i światowej.Dyskusje na temat beletrystyki i literatury popularnonaukowej.Ciekawe rozmowy o książkach, literaturze, znanych autorach i nowościach na rynku wydawniczym. Wiele ciekawych działów, gdzie każdy czytelnik znajdzie coś dla siebie. Irving Stone: Pasja życia. Forum poświęcone literaturze polskiej i światowej.Dyskusje na temat beletrystyki i literatury popularnonaukowej.Ciekawe rozmowy o książkach, literaturze, znanych autorach i nowościach na rynku wydawniczym. Wiele ciekawych działów, gdzie każdy czytelnik znajdzie coś dla siebie.
Copyright © Forum Dobrej Książki Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group - Wszelkie prawa zastrzeżone.