Forsyth Frederick - Psy Wojny
Forsyth Frederick - Psy Wojny
    Forsyth Frederick - Psy Wojny                 FAQ      Szukaj      Użytkownicy   
  · Zaloguj Rejestracja · Profil · Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości  


Badź piękna tego dnia. Suknie Ślubne dla Ciebie na ten wyjątkowy dzień


Odpowiedz do tematu
Poprzedni temat :: Następny temat
Forsyth Frederick - Psy Wojny
Autor Wiadomość
wredna 
..:Out Of Order:..



Wiek: 30
Dołączyła: 11 Mar 2006
Posty: 2280
Skąd: Londyn
Wysłany: 2007-05-19, 21:15   Forsyth Frederick - Psy Wojny

1


Tej nocy nad położonym w dżungli lotniskiem nie świeciły ani gwiazdy, ani księżyc. Zachodnioafrykańska ciemność spowijała rozproszone grupki ludzi jak ciepły, wilgotny aksamit. Chmury wisiały tuż nad wierzchołkami drzew, a czekający na lotnisku mężczyźni modlili się, żeby zostały tam jak najdłużej i dały im ochronę przed bombowcami.
Na końcu pasa startowego stary, zdezelowany DC-4, który przed chwilą wylądował przy blasku świateł włączonych zaledwie na piętnaście sekund przed zetknięciem się kół maszyny z ziemią, zawrócił i potoczył się na oślep ku chatom o dachach pokrytych palmowymi liśćmi.
Pięciu białych mężczyzn siedziało w land roverze i spoglądało w kierunku zbliżającego się samolotu. Żaden z nich nie odezwał się ani słowem, ale wszyscy myśleli o tym samym: jeśli nie uda im się wydostać z kurczącej się szybko enklawy, zanim wojska rządowe zdobędą kilka ostatnich kilometrów kwadratowych, nie ujdą z życiem. Za głowę każdego z nich została wyznaczona nagroda, lecz żaden nie miał zamiaru dopuścić do tego, żeby ktoś ją zdobył. Tych pięciu mężczyzn to byli ostatni spośród najemników zaangażowanych do walki po stronie, która przegrała. Teraz przyszedł czas, żeby zniknąć. Dlatego właśnie z taką uwagą obserwowali kołujący w ich stronę transportowiec, który niespodziewanie zjawił się na lotnisku w sercu dżungli.
Po niebie, wysoko nad pokrywą chmur, przetoczył się huk silników MiGa-17 sił rządowych. Za jego sterami siedział prawdopodobnie jeden z enerdowskich pilotów, przysłanych ostatnio w celu zastąpienia Egipcjan, którzy śmiertelnie bali się nocnych lotów.
Pilot korującego DC-4 nie mógł usłyszeć przelatującego odrzutowca, więc włączył światła pozycyjne, żeby oświetlić sobie drogę.
— Zgaś je! — krzyknął ktoś z ciemności.
Tego głosu pilot także nie usłyszał, ale i tak wyłączył światła, jak tylko zorientował się w położeniu, a myśliwiec był wtedy już wiele kilometrów dalej. Z południa dobiegał przytłumiony łoskot artylerii; front został ostatecznie przełamany, gdyż ludzie, którzy od dwóch miesięcy nie mieli ani amunicji, ani żywności, cisnęli broń na ziemię i schronili się w dżungli.
Pilot DC-4 zatrzymał maszynę dwadzieścia metrów od stojącej na płycie lotniska superconstellation, wyłączył silniki i zszedł na beton. Natychmiast podbiegł do niego ciemnoskóry żołnierz. Dwaj mężczyźni rozmawiali przez chwilę przyciszonymi głosami, po czym skierowali się w ciemności ku grupce ludzi widocznej na tle czarnej ściany dżungli jako plama jeszcze głębszej, nieprzeniknionej czerni. Oczekujący rozstąpili się przed nimi, a biały pilot stanął twarzą w twarz z człowiekiem w środku grupy. Widział go po raz pierwszy w życiu, choć wcześniej słyszał już o nim, dzięki czemu mógł go rozpoznać nawet w niemal zupełnej ciemności, rozjaśnionej jedynie żarzącymi się punkcikami papierosów.
Pilot nie miał czapki, więc nie zasalutował, tylko skłonił lekko głowę. Nigdy wcześniej nie chylił głowy przed nikim, a już na pewno nie przed Murzynem, i nie bardzo wiedział, dlaczego uczynił to właśnie teraz.
— Jestem kapitan van Cleef — powiedział po angielsku z wyraź¬nym afrykanerskim akcentem.
Murzyn także skinął głową, przy czym jego bujna czarna broda otarła się o materiał polowego munduru.
— To niezbyt dobra pora na nocne loty, kapitanie van Cleef — zauważył sucho. — I trochę za późno na dostawę wyposażenia.
Mówił powoli, niskim głosem, z akcentem właściwym człowiekowi, który ukończył szkołę publiczną w Anglii, nie mieszkańcowi Czarnej Afryki. Van Cleef poczuł się niezbyt pewnie i po raz kolejny zadał sobie pytanie, po co tu właściwie przyleciał.
— Nie przywiozłem żadnego wyposażenia, panie generale. Już nic nam nie zostało.
Kolejny precedens. Przysiągł sobie, że nie będzie mówił do tego człowieka „panie generale”. Nie do czarnucha. Wymknęło mu się. Najemnicy, których spotykał w hotelowym barze w Libreville, mieli rację: ten był zupełnie inny.
— W takim razie po co pan przyleciał? — zapytał łagodnie generał. — Może po dzieci? Jest ich tutaj sporo, i siostry chciałybywywieźć je w bezpieczne miejsce, a nie spodziewamy się już żadnego samolotu Caritasu.
Van Cleef pokręcił głową, po czym natychmiast uświadomił sobie, że w ciemności nikt nie dostrzeże tego gestu. Był zakłopotany i cieszył się, że tego także nikt nie widzi. Otaczający go ochroniarze zacisnęli mocniej dłonie na pistoletach maszynowych i nadal wpatrywali się w niego uważnie.
— Nie. Przyleciałem po pana. Rzecz jasna, o ile zechce pan skorzystać z oferty.
Zapadło długie milczenie. Pilot czuł na sobie ciężkie spojrzenie Murzyna, a od czasu do czasu w blasku papierosa dostrzegał także błysk jego oczu.
— Rozumiem — powiedział wreszcie generał. — Czy działa pan na polecenie swojego rządu?
— Nie — odparł van Cleef. — To mój pomysł.
Ponownie zapadła cisza. Brodaty mężczyzna kilka razy skinął głową, co mogło oznaczać zarówno zrozumienie, jak i zdziwienie.
— Jestem panu bardzo wdzięczny — przemówił po dłuższym czasie. — Odbył pan niebezpieczną podróż. Tak się jednak składa, że mam własny środek transportu — tę superconstellation. Mam nadzieję, że zdoła mnie stąd wywieźć.
Van Cleef poczuł ogromną ulgę. Trudno było wyobrazić sobie polityczne reperkusje, które nastąpiłyby, gdyby wrócił do Libreville z generałem.
— Zaczekam, aż pan wystartuje — powiedział, skinąwszy ponow¬nie głową. Przez chwilę miał ochotę uścisnąć dłoń Murzyna, ale nie był pewien, czy powinien to robić. Nie wiedział, że generał zastanawia się nad tym samym. Po krótkim wahaniu odwrócił się i poszedł z powrotem do samolotu.
W grupie czarnoskórych mężczyzn zapadła cisza.
— Dlaczego facet z Afryki Południowej, a w dodatku biały, miałby robić coś takiego? — zapytał wreszcie jeden z nich.
Generał uśmiechnął się, błyskając w ciemności zębami.
— Wątpię, czy kiedykolwiek się tego dowiemy — odparł. Zapłonęła zapałka, wydobywając na chwilę z mroku twarze
mężczyzn. Pośrodku stał generał, wyższy od prawie wszystkich ludzi ze swojej obstawy, mocno zbudowany, o szerokiej piersi i ramionach, łatwy do odróżnienia nawet z daleka dzięki gęstej czarnej brodzie, którą znał już niemal cały świat.
Pokonany, w obliczu wygnania, o którym wiedział, że będzie samotne i upokarzające, wciąż był wodzem. Otoczony przez doradców i ministrów i jak zwykle trochę zamknięty w sobie. Samotność jest ceną, jaką trzeba zapłacić za władzę, ale on nie miał nic przeciwko temu.
Przez dwa i pół roku, czasem wyłącznie dzięki sile własnej osobowości, udawało mu się utrzymać jedność milionów swoich zwolenników i walczyć z federalnym rządem. Wszyscy eksperci przewidywali, że utrzymają się tylko kilka tygodni, najwyżej dwa miesiące. Oni jednak, mimo niesprzyjających okoliczności, okrążeni i osaczeni, walczyli nadal, głodni, lecz niepokonani.
Wrogowie kwestionowali fakt, że naród pragnie jego przywództwa, ale naoczni świadkowie zdarzeń na miejscu nie mieli żadnych wątpli¬wości. Nawet teraz, po ostatecznej klęsce, kiedy jechał na lotnisko, mieszkańcy wiosek gromadzili się po obu stronach błotnistej drogi, by dać wyraz swojej wierności. Kilka godzin wcześniej, podczas ostatniego posiedzenia gabinetu, ministrowie przegłosowali wniosek, żeby opuścił kraj. Należy się spodziewać surowych represji, powiedział przedstawiciel większości, i jeśli generał pozostanie na miejscu, będą one stokroć okrutniejsze. Właśnie dlatego postanowił wyjechać — on, człowiek, który zgodnie z decyzją rządu federalnego miał być martwy jeszcze przed wschodem słońca. Obok stał jego najbardziej zaufany współ¬pracownik, jeden z tych, których lojalność nie ulegała żadnej wątpli¬wości. Niewielkiego wzrostu uczony o siwiejących włosach, doktor Okoye. Zdecydował się pozostać tu, w kraju, i ukryć się w dżungli, aby przeczekać pierwszą falę prześladowań, a potem wrócić do domu. Obaj mężczyźni ustalili, że zaczekają pół roku i dopiero potem spróbują ponownie nawiązać kontakt.
Pięciu najemników w land roverze obserwowało majaczącą w ciem¬ności sylwetkę pilota, który wracał do maszyny. Ich dowódca siedział obok czarnego kierowcy. Wszyscy palili papierosy.
— To na pewno południowoafrykański samolot — powiedział dowódca, po czym odwrócił się do jednego z czterech białych, którzy przycupnęli w tylnej części samochodu. — Janni, skocz do pilota i zapytaj go, czy znalazłoby się miejsce dla nas.
Z land rovera wysiadł wysoki kościsty mężczyzna o kanciastej sylwetce. Podobnie jak pozostali miał na sobie polowy mundur w kolorach ochronnych i takie same wysokie płócienne buty z cholewami. U jego pasa wisiała manierka z wodą, składany nóż oraz trzy puste ładownice na amunicję do przewieszonego przez ramię pistoletu maszynowego.
— Zostaw broń. — Dowódca wyciągnął rękę po pistolet. — I postaraj się, dobra? Jeżeli nie odlecimy stąd tym wrakiem, za kilka dni możemy trafić do kotła.
Mężczyzna imieniem Janni skinął głową, poprawił beret i nie¬spiesznie ruszył w kierunku samolotu. Gumowe podeszwy nie czyniły na betonowej nawierzchni najmniejszego hałasu.
— Naand, meneer.
Na dźwięk ojczystego języka van Cleef odwrócił się raptownie i zmierzył spojrzeniem mężczyznę. Mimo głębokiej ciemności bez trudu dostrzegł umieszczony na jego ramieniu emblemat; czaszka i skrzyżowane piszczele.
— Naand. Jy Afrikaans’! Najemnik skinął głową.
— Jan Dupree — przedstawił się i wyciągnął rękę.
— Kobus van Cleef — odparł pilot. Wymienili uścisk dłoni.
— Waar gaan — jy noul — zapytał Dupree.
— Do Libreville, jak tylko skończą załadunek. A ty? Janni Dupree wyszczerzył zęby w uśmiechu.
— Znalazłem się w kropce, tak samo jak moi kumple. Jeśli tamci nas dorwą, zrobią z nas rąbankę. Mógłbyś nam pomóc?
— Ilu was jest?
— Pięciu.
Van Cleef, także najemnik, nie wahał się ani przez chwilę. Ludzie wyjęci spod prawa czasem pomagają sobie w potrzebie.
— Zgoda, wsiadajcie. Ale pośpieszcie się. Startujemy zaraz po tej constellation.
Dupree podziękował skinieniem głowy i wrócił truchtem do land rovera. Czterej biali stali przy masce samochodu.
— W porządku, ale musimy już wsiadać — poinformował ich.
— Dobra — odparł dowódca. — Rzućcie graty do wozu i w dro¬gę. — Kiedy pistolety maszynowe i ładownice wylądowały z łoskotem z tyłu, nachylił się do siedzącego za kierownicą czarnego podporucz¬nika. — Musimy się zwijać — powiedział. — Utop samochód w rzece, zakop broń i zaznacz miejsce, a potem zdejmij mundur i ukryj się w dżungli. Zrozumiałeś?
Podporucznik, który zgłosił się na ochotnika będąc w ostatniej klasie szkoły średniej i przez cały rok walczył w oddziale dowodzonym przez najemników, kiwnął ponuro głową.
— Do widzenia, Patrick — dodał najemnik. — Obawiam się, że już po wszystkim.
Ciemnoskóry chłopak spojrzał mu w oczy.
— Może — odparł. — Może ma pan rację.
— Dalsza walka nie ma sensu.
— Teraz rzeczywiście nie — zgodził się podporucznik i wskazał w stronę stopni superconstellation, gdzie generał i towarzyszące mu osoby żegnali się z tymi, którzy mieli pozostać na miejscu. — Najważniejsze, że jemu nic się nie stało. To dobrze. Nadal jest naszym przywódcą. Dopóki on żyje, nie zapomnimy. Nic nie powiemy ani nie zrobimy, ale będziemy pamiętać. — Uruchomił silnik land rovera. — Do widzenia! — zawołał.
Czterej najemnicy odpowiedzieli na pożegnanie i pierwsi ruszyli w kierunku transportowca.
Dowódca już ich doganiał, kiedy z gęstwiny drzew rosnących na skraju lotniska wyłoniły się dwie zakonnice.
— Majorze!
Najemnik odwrócił się i rozpoznał w jednej z nich siostrę, którą spotkał kilka miesięcy temu, kiedy walki dotarły w pobliże kierowanego przez nią szpitala, a on musiał zorganizować ewakuację pacjentów i personelu.
— Siostra Maria Józefa! Co siostra tutaj robi?
Niemłoda irlandzka zakonnica chwyciła go za rękaw munduru i przez dłuższą chwilę tłumaczyła coś poważnym tonem.
— Spróbuję — powiedział, kiedy skończyła. — Nic więcej nie mogę obiecać.
Poszedł przez płytę lotniska w stronę, gdzie pod skrzydłem swojego samolotu stał południowoafrykański pilot. Dwaj mężczyźni rozmawiali przez kilka minut, po czym najemnik wrócił do czekających na niego zakonnic.
— Zgodził się, ale musicie się pośpieszyć. Chce wystartować jak najszybciej.
— Niech Bóg pana błogosławi! — odparła siostra w białym habicie i wydała polecenia swojej towarzyszce, która natychmiast pobiegła do samolotu i wspięła się po krótkiej drabince prowadzącej do drzwi dla pasażerów. Irlandka zniknęła na chwilę wśród drzew, a po chwili z dżungli wyszło kilkunastu mężczyzn z jakimiś zawiniątkami w ramio¬nach. Zawiniątka jedno po drugim trafiały do rąk siostry stojącej na drabince. Drugi pilot przyglądał się przez chwilę, jak zakonnica układa je na podłodze kabiny, a potem burknął coś pod nosem i zaczął odbierać ciężary z wyciągniętych rąk i podawać je kobiecie do wnętrza maszyny.
— Niech pana Bóg błogosławi — szepnęła zakonnica.
Jedno z zawiniątek zanieczyściło rękaw marynarki drugiego pilota płynnym, zielonym kałem.
— Cholera! — warknął, ale nie przerwał pracy. Osamotniony dowódca najemników spojrzał w kierunku superconstellation. Grupa uciekinierów, składająca się głównie z członków rodzin pokonanych przywódców, wchodziła właśnie po schodkach do samolotu. W przyćmionym blasku sączącym się z kabiny dostrzegł tego, kogo szukał.
— Pan, iść major Shannon — powiedział jeden z ludzi szykujących się do odciągnięcia schodków.
Generał odwrócił się. Nawet teraz zdołał zdobyć się na uśmiech.
— Więc jak, Shannon? Leci pan z nami?
Shannon zasalutował, a generał odpowiedział w ten sam sposób.
— Dziękuję panu, ale mamy transport do Libreville. Chciałem się tylko pożegnać.
— Tak... To była długa walka. Obawiam się, że już się skończyła. Przynajmniej na kilka lat. Trudno mi uwierzyć, żeby mój naród miał już na zawsze pozostać w niewoli. Aha, przy okazji: czy pan i pańscy koledzy otrzymaliście wynagrodzenie ustalone w kontrakcie?
— Tak. Dziękuję, panie generale. Wszystko zostało uregulowane. Murzyn skinął ponuro głową.
— W takim razie do widzenia. Jestem wam wdzięczny za wszystko, co zdołaliście zrobić.
Mężczyźni uścisnęli sobie ręce.
— Jeszcze jedno, panie generale — powiedział Shannon. — Roz¬mawiałem z chłopcami w samochodzie i gdyby... To znaczy, gdyby jeszcze kiedyś pan nas potrzebował, proszę dać znać. Wszyscy przylecimy. Wystarczy nas zawiadomić. Chłopcy chcieli, żeby pan otym wiedział.
Przez kilka sekund generał wpatrywał się w niego bez słowa.
— Ta noc jest pełna niespodzianek — powiedział wreszcie powo¬li. — Może pan jeszcze o tym nie wie, ale połowa moich doradców i wszyscy co zamożniejsi sojusznicy mają zamiar jeszcze tej nocy przekraść się przez linię frontu i zaofiarować swe usługi przeciwnikowi. A wielu jeszcze uczyni to samo najdalej w ciągu miesiąca. Dziękuję za pańską propozycję, panie Shannon. Nie zapomnę o niej. Ale co będzie z wami? Co teraz poczną najemnicy?
— Będziemy musieli rozejrzeć się za jakąś robotą.
— Kolejna wojna, majorze Shannon?
— Kolejna wojna, generale.
— Ale zawsze czyjaś.
— Takie już jest nasze życie — odparł Shannon.
— I myśli pan, że pan i pańscy ludzie będziecie znowu walczyć?
— Tak jest, będziemy walczyć. Generał roześmiał się cicho.
— Zakrzyknie: Groza! i spuści ze smyczy psy wojny... — mruknął.
— Proszę?
— To Szekspir, panie Shannon, tylko krótki cytat z Szekspira. Cóż, muszę już iść. Pilot czeka. Jeszcze raz do widzenia i życzę szczęścia.
Odwrócił się i wspiął po schodkach do słabo oświetlonego wnętrza samolotu. W tej samej chwili ożył pierwszy z czterech silników superconstellation. Shannon cofnął się o krok i po raz ostatni oddał honory człowiekowi, który przez minione półtora roku korzystał z jego usług.
— Nawzajem — mruknął do siebie. — Będzie go pan potrzebował.
Odwrócił się i ruszył do stojącego nie opodal DC-4. Kiedy za¬trzasnęły się za nim drzwi, van Cleef uruchomił silniki, lecz zaczekał, aż ledwo widoczny w ciemności obły kształt superconstellation oderwie się od pasa startowego. Oba samoloty miały wyłączone światła, lecz mimo to Afrykaner dostrzegł trzy pionowe stateczniki większej maszyny, która wzbiła się nad wierzchołki drzew i skierowała na południe, by niemal natychmiast zniknąć w warstwie opiekuńczych chmur. Dopiero wtedy zwolnił hamulce i skierował transportowiec na początek pasa. Godzinę później polecił drugiemu pilotowi, by włączył oświetlenie kabiny. Przez tę godzinę przeskakiwał od chmury do chmury, przemykał się przez niższe warstwy altostratusów, a przede wszystkim unikał blasku księżyca, który mógłby zdradzić ich obecność jakiemuś grasującemu w górze MiGowi. Odprężył się dopiero wtedy, kiedy nabrał pewności, że znajduje się nad zatoką, a brzeg został daleko w tyle.
Zapalone w kabinie światło wydobyło z ciemności obraz, który mógłby namalować Dore w przypływie szczególnie ciężkiej melan¬cholii. Podłoga była usłana brudnymi, cuchnącymi kocami, na nich zaś leżała w rzędach po obu stronach przestrzeni ładunkowej zawartość niedawnych zawiniątek: czterdzieścioro małych dzieci, wychudzonych, wyniszczonych i zniekształconych z niedożywienia. Przycupnięta w pobliżu drzwi siostra Maria Józefa podniosła się i zaczęła krążyć wśród wygłodzonych dzieci. Każde z nich miało przyklejony do czoła plaster z wypisanymi długopisem informacjami, które mogły się przydać w sierocińcu pod Libreville. Informacje składały się z imienia i kolej¬nego numeru. Na skutek anemii włosy wszystkich dzieci już dawno straciły naturalną czerń, miały barwę wyblakłej ochry.
Pięciu najemników uniosło brwi i spojrzało na współpasażerów. W ciągu minionych miesięcy wiele razy oglądali podobne widoki. Każdy z nich odczuwał lekką odrazę, lecz żaden nie dał tego po sobie poznać. Po pewnym czasie do wszystkiego można się przyzwyczaić, szczególnie po Kongu, Jemenie, Katandze i Sudanie. Zawsze ta sama historia: dzieci. I nigdy nic nie można na to poradzić. Tym razem było dokładnie tak samo, więc sięgnęli po papierosy. W świetle, które zabłysło w kabinie, mogli zobaczyć się nawzajem po raz pierwszy od zachodu słońca poprzedniego dnia. Na ich mundurach widniały plamy potu i smugi czerwonej ziemi, twarze zaś były wykrzywione zmęcze¬niem. Dowódca siedział oparty plecami o drzwi toalety, z wyciąg¬niętymi nogami, spoglądając przez cały samolot w kierunku kabiny pilotów. Carlo Alfred Thomas Shannon, lat trzydzieści trzy, jasne włosy obcięte trochę krzywo, ale po wojskowemu. W tropikalnym klimacie krótkie włosy są bardzo wygodne, pot może szybciej z nich spływać i łatwiej pozbyć się robactwa. Cat urodził się w hrabstwie Tyrone w Ulsterze, ale mówił bez północnoirlandzkiego akcentu, ponieważ ojciec posłał go do taniej angielskiej szkoły. Po pięciu latach spędzonych w szeregach królewskich marines pożegnał się z wojskiem, by zakosztować cywilnego życia, i sześć lat temu wylądował w Ugandzie jako pracownik firmy handlowej, która miała główną siedzibę w Lon¬dynie. Pewnego słonecznego poranka zamknął księgi rachunkowe, wsiadł do land rovera i pojechał na zachód w kierunku granicy z Kongiem. Tydzień później w Stanleyville zaciągnął się jako najemnik do Piątego Komanda Mike’a Hoare’a.
Był świadkiem odejścia Hoare’a i przybycia John-Johna Petersa, z którym ściął się wkrótce potem, podążył więc na północ, by przyłączyć się w Paulis do Denarda. Dwa lata później brał udział w buncie w Stanleyville, a kiedy odwieziono do Rodezji rannego w głowę Francuza, dołączył do Czarnego Jacques’a Schramme’a, belgijskiego plantatora-najemnika, z którym odbył długi marsz do Bukavu, a stamtąd do Kigali. Ewakuowany przez Czerwony Krzyż, zaraz potem zgłosił się na kolejną afrykańską wojnę i wreszcie otrzymał własne komando — jednak za późno, żeby zwyciężyć. Zawsze za późno.
Teraz, gdy DC-4 głośno warcząc leciał w kierunku Libreville, siedział oparty plecami o drzwi toalety i rozmyślał o minionych osiemnastu miesiącach. Myślenie o przyszłości nastręczało znacznie więcej kłopotów, gdyż zapewniając generała, że wraz ze swoimi ludźmi już wkrótce weźmie udział w jakiejś nowej afrykańskiej wojnie, kierował się bardziej optymizmem niż konkretną wiedzą. W gruncie rzeczy nie miał zielonego pojęcia, gdzie znajdzie następną robotę. Ale, choć tej nocy w samolocie nie mógł jeszcze nic o tym wiedzieć, on
1 jego towarzysze mieli niebawem ponownie znaleźć się w samym środku wojennej rozgrywki i przed ostateczną klęską wstrząsnąć fundamentami wielu potężnych budowli.
Po lewej ręce Shannona siedział jeden z najlepszych specjalistów od moździerzy na północ od Zambezi. Wielki Jan Dupree miał dwadzieś¬cia osiem lat i pochodził z Paarl w Kraju Przylądkowym, a był potomkiem zubożałych hugenotów, którzy przed ponad trzystu laty uciekli z Francji na Przylądek Dobrej Nadziei przed gniewem Mazarina. Jego pociągła twarz o wąskich ustach zdominowana przez łuk nosa, miała teraz rysy jeszcze ostrzejsze niż zazwyczaj, gdyż zmęczenie wyżłobiło mu w policzkach głębokie bruzdy. Bladoniebieskie oczy były zamknięte, a na jasnych brwiach i włosach widniały. brudne smugi. Uniósł na chwilę powieki, spojrzał na dzieci leżące po obu stronach kabiny, mruknął Bliksems (dranie), wyrażając tym samym swój stosunek do świata własności i przywilejów, który obarczał odpowiedzialnością za zło panoszące się na planecie, po czym spróbował zasnąć. Obok niego rozłożył się Marc Vlaminck, Mały Marc, zwany tak z powodu swojego słusznego wzrostu. Ten Flamand z Ostendy mierzył sobie w skarpetkach (o ile akurat miał je na nogach) równo sto dziewięćdziesiąt centymetrów i ważył sto dwadzieścia kilogramów. Niektórzy uważali go za otyłego, ale to była nieprawda. Policjantom z Ostendy, w zdecydowanej większości spokojnym ludziom, którzy woleli unikać kłopotów, drżały łydki na jego widok. Cieszył się też wielkim poważaniem wśród tamtejszych stolarzy i szklarzy, bo bez¬ustannie zapewniał im zatrudnienie. Im lepiej Mały Marc bawił się w jakimś barze, tym więcej trzeba było rzemieślników, żeby do¬prowadzić lokal do stanu używalności.
Jako sierota wychowywał się w domu dziecka prowadzonym przez księży, którzy usiłowali wbić trochę rozsądku do głowy nadmiernie wyrośniętego chłopca. Czynili to tak często, że wreszcie Marc stracił cierpliwość i w wieku trzynastu lat celnym ciosem znokautował jednego z wymachujących kijem ojczulków.
Potem odwiedzał kolejno kilka poprawczaków, przez jakiś czas uczęszczał do szkoły specjalnej, przebywał w więzieniu dla nieletnich, aż wreszcie — ku ogromnej uldze całego miasta — wstąpił do komandosów. Był jednym z pięciuset ludzi, którzy wraz z pułkow¬nikiem Laurentem dokonali desantu na Stanleyville i uratowali misjonarzy, których miejscowy wódz Christophe Gbenye miał zamiar upiec żywcem na centralnym placu miasteczka.
W czterdzieści minut po zrzucie desantu na teren lotniska Stan¬leyville Mały Marc przekonał się, że oto odnalazł swoje powołanie, tydzień później zaś zdezerterował, aby uniknąć powrotu do koszar w Belgii. Został najemnikiem. Mały Marc nie tylko dysponował potężną siłą, ale także znakomicie radził sobie z bazooką; była to jego ulubiona broń, a obchodził się z nią z taką nonszalancją, z jaką nastolatek obchodzi się z rurką do strzelania plastelinowymi kulkami.
Tej nocy, kiedy wraz z kolegami wsiadł do samolotu lecącego do Libreville, ukończył trzydzieści lat.
Po drugiej stronie przejścia wiodącego przez całą długość kadłuba, dokładnie naprzeciwko Belga, siedział trzydziestojednoletni Jean-Baptiste Langarotti. Niski i szczupły, o oliwkowej cerze, był Kor¬sykaninem urodzonym i wychowanym w miasteczku Calvi. W wieku , osiemnastu lat został wezwany przez Francję, by walczyć w Algierii jako jeden ze stu tysięcy powołanych. Po odsłużeniu połowy z przepi¬sowych osiemnastu miesięcy podpisał zawodowy kontrakt, a wkrótce potem trafił do 10 Kolonialnego Pułku Spadochroniarzy, siejących grozę czerwonych beretów generała Massu, znanych powszechnie jako les paras. Miał dwadzieścia jeden lat w chwili przełomu, kiedy to część francuskiej zawodowej armii kolonialnej opowiedziała się za Algierią francuską na zawsze, czyli za sprawą, o którą walczyła OAS. Langarotti przeszedł na stronę OAS, zdezerterował, a po fiasku puczu, którego próbowano dokonać w kwietniu 1961 roku, zszedł do podziemia. Trzy lata później, mimo że przybrał fałszywe nazwisko, został schwytany we Francji, a następnie spędził cztery lata w więzieniu, gryząc pręty krat w mrocznych celach najpierw w Sante w Paryżu, potem w Tours, a wreszcie na Ile de Re. Był niesfornym więźniem, czego dowody dwaj strażnicy mieli nosić na ciele do końca życia.
Kilka razy pobity do nieprzytomności za ataki na strażników, odsiedział cały wyrok i wyszedł na wolność w roku 1968, bojąc się tylko jednej rzeczy na świecie: małych zamkniętych pomieszczeń. Poprzysiągł sobie, że już nigdy nie wróci za kratki, nawet gdyby miał przypłacić to życiem, a gdyby policjanci zjawili się, żeby go zamknąć, zabierze ze sobą co najmniej kilku z nich. W niecałe trzy miesiące potem sobie tylko znanym sposobem przedostał się do Afryki, załapał się na wojnę i dołączył do Shannona jako zawodowy najemnik. Od chwili odzyskania wolności doskonalił się bez przerwy w posługiwaniu bronią, której używał najpierw jako chłopiec na Korsyce, a która potem przysporzyła mu niemałej sławy w mrocznych uliczkach Algieru. Na przegubie lewej ręki nosił skórzany pas do ostrzenia brzytew. W wolnych chwilach odwracał go na drugą stronę i przesuwał na pięść — tak właśnie uczynił teraz, w samolocie lecącym do Libreville. W prawej dłoni trzymał nóż o piętnastocentymetrowym ostrzu i koś¬cianej rękojeści, którym potrafił posługiwać się tak szybko, że często udawało mu się schować go do ukrytej w rękawie pochwy, jeszcze zanim ofiara zorientowała się, że została ugodzona. Klinga, i tak już ostra jak brzytwa, przesuwała się w jednostajnym rytmie po skórzanym pasie. Ta czynność koiła mu nerwy, irytując jednocześnie wszystkich dokoła. Mimo to nikt nigdy nie protestował; tych, którzy go znali, nie zwodził jego łagodny głos i smutny półuśmiech. Lepiej było nie wchodzić mu w drogę.
Wciśnięty między Langarottiego i Shannona siedział najstarszy członek oddziału. Kurt Semmler był Niemcem, miał czterdzieści lat i to właśnie on wymyślił znak składający się z trupiej główki i skrzyżowanych piszczeli, który nosili na mundurach zarówno jego koledzy, jak i ich afrykańscy wychowankowie. On również oczyścił ponad siedmiokilometrowy odcinek z żołnierzy rządu federalnego, oznaczając linię frontu ich głowami nabitymi na tyki. Przez następny miesiąc aktywność nieprzyjaciela w tym rejonie spadła niemal do zera. Urodzony w 1930 roku w rodzinie monachijskiego inżyniera dorastał w hitlerowskich Niemczech. Jego ojciec, funkcjonariusz Organizacji Todta, zginął na froncie wschodnim.
W wieku piętnastu lat, jako pełen zapału członek Hitlerjugend — po dwunastu latach rządów Fuhrera nie różnił się ani trochę od całej niemieckiej młodzieży — został mianowany dowódcą niewielkiego oddziału złożonego z młodszych od siebie dzieci i ponad siedem¬dziesięcioletnich mężczyzn. Dysponowali jednym panzerfaustem i trze¬ma przestarzałymi karabinami, ich zadanie zaś miało polegać na powstrzymaniu czołgów generała Pattona. Rzecz jasna, zadanie nie zostało wykonane, a Kurt spędził lata młodzieńcze w Bawarii pod okupacją znienawidzonych Amerykanów. Nie poświęcał zbyt wiele czasu swojej matce, religijnej fanatyczce, która chciała, żeby został księdzem. W wieku siedemnastu lat uciekł z domu, przekroczył koło Strasburga francuską granicę i zgłosił się do punktu werbunkowego Legii Cudzoziemskiej. Jego zadanie miało polegać na wyłapywaniu zbiegłych Niemców i Belgów. Po roku spędzonym w Sidibel-Abbes został wysłany wraz z siłami ekspedycyjnymi do Indochin. W rok i jedno Dien Bien Phu później, już bez płuca, które usunęli mu chirurdzy w Danang, odesłano go z powrotem do Francji, oszczędzając w ten sposób konieczności oglądania ostatecznego upokorzenia w Hanoi. Po rekonwalescencji wysłano go w 1958 roku do Algierii jako sierżanta najbardziej elitarnego oddziału francuskiej armii kolo¬nialnej, to znaczy 1. Regimentu Spadochroniarzy Legii Cudzoziemskiej. Należał do nielicznych, którzy ocaleli po dwukrotnym, niemal cał¬kowitym rozbiciu Regimentu w Indochinach. Poważał tylko dwóch ludzi: pułkownika Rogera Faulques, dowodzącego Regimentem — wtedy jeszcze Kompanią — podczas pierwszej masakry, oraz komendanta le Bras, także weterana, stojącego obecnie na czele Gwardii Republikańskiej Gabonu i pilnującego, aby to zasobne w złoża uranu państwo nie znalazło się poza zasięgiem wpływów Francji. Nawet pułkownik Marc Rodin, dawny dowódca Semmlera, stracił jego szacunek, kiedy OAS poniosła ostateczną klęskę.
Semmler służył w 1. Regimencie, kiedy jego oddział został wybity niemal do nogi podczas algierskiego puczu, a następnie rozwiązany przez Charles’a de Gaulle’a. Kurt podążył za swoimi francuskimi oficerami, ukrywał się, ale w 1962 roku został zdemaskowany w Marsylii i musiał odsiedzieć dwa lata w więzieniu. Przed wyższym wyrokiem uchroniły go cztery rzędy bojowych odznaczeń na mundurze. Kiedy w 1964 roku wyszedł na wolność — po raz pierwszy od dwudziestu lat jako cywil — były towarzysz niedoli z celi zaproponował mu wspólny udział w operacjach przemytniczych wokół Morza Śródziemnego. Przez kolejne trzy lata — nie licząc jednego roku, spędzonego we włoskim więzieniu — przewoził alkohol, złoto, a czasem broń z jednego końca Morza Śródziemnego na drugi. Właśnie zaczął się dorabiać sporej fortuny na nielegalnym handlu papierosami między Włochami a Jugosławią, kiedy jego partner oszukał zarówno sprzedających, jak i kupujących, zwalił całą winę na Semmlera, po czym zniknął z pieniędzmi.
Ścigany przez niezbyt pokojowo usposobionych dżentelmenów, Semmler uciekł drogą morską do Hiszpanii, przesiadając się z autobusu do autobusu dotarł do Lizbony, skontaktował się z przyjacielem trudniącym się handlem bronią i przedostał się do Afryki, by wziąć udział w wojnie, o której czytał w gazetach. Shannon przyjął go do oddziału z otwartymi ramionami, ponieważ Kurt ze swoim szesnasto¬letnim doświadczeniem wiedział o walce w dżungli więcej niż wszyscy pozostali razem wzięci. Teraz, podczas lotu do Libreville on także zapadł w drzemkę.
Kiedy DC-4 rozpoczął pierwsze okrążenie nad lotniskiem, do świtu pozostały jeszcze dwie godziny. W kabinie ponad zawodzenie dzieci wybijał się inny odgłos, odgłos gwizdania. To gwizdał Shannon. Jego koledzy wiedzieli, że zawsze gwiżdże przed i po akcji. Wiedzieli również — bo sam im to powiedział — że melodia nosi tytuł „Hiszpański Harlem”.
DC-4 dwukrotnie okrążył port lotniczy w Libreville. Kiedy wreszcie stary samolot wylądował i dotoczył się do końca pasa, przed jego dziób zajechał wojskowy jeep z dwoma francuskimi oficerami. Jeden z nich dał znak van Cleefowi, żeby kołował za nimi.
Dopiero gdy znalazł się z dala od głównego budynku portu lotniczego, pilot otrzymał sygnał, żeby zatrzymać maszynę, ale nie wyłączać silników. W ciągu kilku sekund przystawiono do drzwi metalowe schodki, a kiedy drugi pilot je otworzył, ukazała się w nich głowa w kepi. Francuz zmarszczył z obrzydzeniem nos, dostrzegłszy pięciu najemników skinął na nich, by zeszli za nim na płytę lotniska, a kiedy się na niej znaleźli, pozwolił drugiemu pilotowi zamknąć drzwi. DC-4 natychmiast potoczył się po betonie w kierunku głównego budynku, gdzie grupa pielęgniarek i lekarzy z Francuskiego Czerwonego Krzyża czekała, by zająć się dziećmi. Najemnicy pomachali z wdzięcznością widocznej za szybą kabiny pilotów twarzy van Cleefa, a następnie ruszyli za francuskim oficerem.
W baraku na skraju lotniska musieli spędzić godzinę na bezczynnym oczekiwaniu. Co pewien czas do wnętrza zaglądali młodzi żołnierze, pragnący zobaczyć na własne oczy les Affreux, Okrutników. Wreszcie zapiszczały hamulce jeepa i z korytarza dobiegło stukanie obcasów prężących się na baczność żołnierzy. Drzwi otworzyły się i do pomieszczenia wszedł wysoki rangą oficer o ogorzałej surowej twarzy, w tropikalnym mundurze i kepi ze złocistym otokiem. Shannon obrzucił szybkim spojrzeniem żywe, czujne oczy, krótko ostrzyżone stalowoszare włosy, odznakę spadochroniarza przypiętą nad pięcioma rzędami baretek, a kiedy ujrzał, że Semmler stanął w postawie zasadniczej, z brodą wysuniętą do przodu i dłońmi przyciśniętymi do szwów spodni polowego munduru, natychmiast domyślił się, kim jest przybyły: był to legendarny le Bras.
 
 
Reklama










Miejsce na reklame!
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku


Skocz do:  





Aktualny temat: Forsyth Frederick - Psy Wojny . Forum poświęcone literaturze polskiej i światowej.Dyskusje na temat beletrystyki i literatury popularnonaukowej.Ciekawe rozmowy o książkach, literaturze, znanych autorach i nowościach na rynku wydawniczym. Wiele ciekawych działów, gdzie każdy czytelnik znajdzie coś dla siebie. Forsyth Frederick - Psy Wojny Forum poświęcone literaturze polskiej i światowej.Dyskusje na temat beletrystyki i literatury popularnonaukowej.Ciekawe rozmowy o książkach, literaturze, znanych autorach i nowościach na rynku wydawniczym. Wiele ciekawych działów, gdzie każdy czytelnik znajdzie coś dla siebie.
Copyright © Forum Dobrej Książki Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group - Wszelkie prawa zastrzeżone.