Pierwsze opowiadanie
Pierwsze opowiadanie
    Pierwsze opowiadanie                 FAQ      Szukaj      Użytkownicy   
  · Zaloguj Rejestracja · Profil · Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości  



Odpowiedz do tematu
Poprzedni temat :: Następny temat
Pierwsze opowiadanie
Autor Wiadomość
drunken_druggie 
Nowicjusz


Wiek: 19
Dołączył: 30 Sty 2010
Posty: 6
Skąd: Grajewo
  Wysłany: 2010-01-31, 15:50   Pierwsze opowiadanie

Witam jestem tu nowy, postanowiłem spróbować własnych sił w napisaniu czego kolwiek i postanowiłem zacząć od opowiadania. Jeśli ktoś będzie miał ochotę czytać, to po lekturze mile widziane słowa krytyki. Jest to fragment, nad dalszą częścią jeszcze się zastanawiam.



Powietrze było chłodne i rześkie , a płatki śniegu spadały leniwie na białą powłokę, która sięgała granic horyzontu. Taki stan rzeczy był normalny dla tego regionu w okresie pierwszego kwartału zwanym Minearth. Fauna i flora była bardzo uboga w tej okolicy. Wyjątkiem był stary las leżący na południe od pokrytego śniegiem pasma górskiego. Stał on dumnie niczym pokaźna armia gotowa do bitwy, czekająca na znak dowódcy. Czasem można było dostrzec lisa lub gromadę wilków przemierzających skraj lasu, rzadziej niewielkie grupy saren, wyłaniających się zza drzew. Masyw górski stanowiący północną granicę kontynentu zwany był Mahtamon. Wiele legend powstało na temat pokrytych śniegiem szczytów – począwszy od zamieszkujących góry istot niematerialnych dręczących strudzonych wędrowców, a skończywszy na siejącym grozę smoku pilnującym złota w podziemnych jaskiniach. Mahtamon uznawany był za jedno z najbardziej mrocznych i niebezpiecznych miejsc północnej części kontynentu. Wielu chciało zapomnieć o mrocznych szczytach przypominających o swoim istnieniu wychylając się groźnie zza starego lasu, wielu nie śmiało spojrzeć w kierunku masywu, wielu nie wierzyło w opowieści o górach, a może nie chciało uwierzyć, kilku śmiałków wybrało się w podróż w kierunku strzelistych szczytów. Nigdy nie wrócili, a całkiem możliwe, że nawet nie dotarli do celu.

- Koniec przerwy – krzyknął grubym głosem okazały krasnolud – Ruszać swoje zawszone tyłki!Był on przysadzistym stworzeniem o krępym ciele i grubymi, krótkimi nogami. Taki wygląd sprawiał, iż mogło by wydawać się, że jego szerokość dorównywała wysokości. Miał rumiane policzki i jasnoniebieskie oczy. Długie białe włosy ciągnęły się aż do pasa przy którym spoczywał okazały topór. Wszystko to było okryte czarną jak smoła wilczą skórą, gdzie łeb wilka okrywał głowę , a reszta skóry barczyste plecy, sięgając do połowy łydek. Krasnolud był najokazalszy z całej grupy. Sądząc po wyglądzie i tonie głosu z jakim zwracał się do swoich towarzyszy był przywódcą.

- Spokojnie Belmar, mamy jeszcze sporo czasu – odpowiedział spokojnie jeden z pozostałych.

-Myślisz, że będę tu sterczał cały dzień bo ty masz jeszcze sporo czasu?! Nie jesteś na pikniku pieprzony nierobie – krzyczał coraz bardziej podnosząc głos – Od tego ciągłego picia już ci się we łbie poprzewracało! Wstawać, ale już i do roboty!

Cała mniej więcej trzydziesto osobowa kompania zerwała się na równe nogi i chwytając za topory ruszyli w stronę lasu kontynuować pracę. Była to bowiem ekipa drwali wysyłana regularnie z wnętrza Yzmiridanu – największej góry należącej do pasma Mahtamon. Ponieważ był to najokazalszy szczyt masywu, krasnoludy obrały jego podziemne jaskinie jako swoją siedzibę. Nikt nie wie kiedy to nastąpiło, nawet sami mieszkańcy gór dokładnie nie pamiętają od kiedy tu zamieszkują. Na skraju lasu słychać było jeszcze huk toporów zmagających się z potężnymi pniami drzew, a noc nieubłagalnie chciała zająć miejsce słonecznego dnia. Mała grupka saren biegnąca pośpiesznie skrajem lasu, dostrzegając pracujących drwali, wskoczyła w głąb lasu jak na rozkaz. Wysoko na drzewami wolno krążyły ptaki, pośpiewując najróżniejsze, znane tylko im pieśni. Odgłosy pracy ucichły, po chwili wytchnienia krasnoludy rozpoczęły załadunek drewna na wozy do których zaprzęgnięte były ogromne zwierzęta które, gdyby nie potężne rogi podobne byłyby do dużego kłębka sierści. Oprócz śpiewu ptaków, który z każdą chwilą był coraz bardziej słyszalny, dało się słyszeć stękanie i pojękiwania drwali z Yzmirdanu. Było to zapewne wynikiem całodniowej ciężkiej pracy. Gdy narzekanie krasnoludów ucichło, na dziesięciu wozach zapłonęły światła. Brygada brodatych robotników zajęła miejsca na siedziskach usytuowanych w przedniej części każdej furmanki, po trzech drwali na każdej. Na jednej tylko spoczywał dodatkowy, nieco wyżej od innych siedzący czwarty pasażer. Był nim ów Belmar. Podróż do gór przebiegała bez pośpiechu, wszędzie dało się słyszeć głośne wesołe pogawędki i śmiechy krasnoludów. Transport dwa razy opóźnił Morrin – lubiący wszelkie trunki jegomość – spadając ze swojego wozu w puszysty śnieg, co za każdym razem napawało najbliższych towarzyszy niespotykaną radością.

Chociaż noc całkowicie wypchnęła dzień za horyzont i ciemność wypełniała każdy zakamarek, brama do wnętrza Yzmirdanu wyglądała wspaniale. Chociaż góry zamieszkiwały krasnoludy, zdobienia na szerokich kolumnach z kamienia wyglądały na wykonane elfickimi rękoma, po obu stronach widniały nie zrozumiałe krasnoludom elfickie znaki i napisy. Na łuku podtrzymującym sklepienie widniał napis wykuty w kamieniu, także w języku elfów, a brzmiał: „Neth um ahya tur cuna haryan morie tir lye”. Mieszkańcy góry nie wiedzieli co znaczy wyrażenie przy wejściu, a nawet nie dużo ich to obchodziło, nie przepadali za elfami, których zresztą nie widzieli od lat. Po przekroczeniu bramy i przejściu kilkudziesięciu kroków ciemnym tunelem oczom ukazywał się nieprawdopodobny widok, wnętrze Yzmiridanu biło przytłumionym blaskiem ogromnej ilości latarni, pochodni i innych źródeł światła. W środku znajdowała się cała osada jeśli nie nazwać tego miastem. Sieć uliczek wijących się niczym węże między masywnymi domostwami była bardzo rozbudowana, wszędzie kręciły się mieszkańcy wielkiej góry, przysadziste długobrode karły. Niektóre zawzięcie dyskutowały, wręcz kłóciły się, inne dziarskim, chwiejnym krokiem krążyły po ulicach wesoło podśpiewując. Osada liczyła około tysiąca pięciuset może więcej mieszkańców. Patrząc bardziej w głąb można było ujrzeć wyróżniający się na tle innych budowli pałac, masywny lecz bogato zdobiony, na pierwszy rzut oka widać było, że jest to robota krasnoludzkich budowniczych. Wozy z drewnem zatrzymały się pod dużymi drzwiami, prawdopodobnie był to magazyn, białobrody przywódca zszedł z furmanki i przeciągnął się leniwie.

- Są wszyscy? – spytał rozglądając się wokół.
-Wszyscy, sprawdziłem dokładnie – odpowiedział z entuzjazmem drwal z brodą upchniętą za pas.
-Morrin też? – grupa na pytanie odpowiedziała głośnym wybuchem śmiechu, spoglądając w kierunku kiwającego się krasnoluda, który nie bardzo orientował się w sytuacji. – W takim razie rozładujcie wszystko do magazynu, zwierzęta zaprowadzić do zagrody, napoić i nakarmić. Ja idę zameldować się dla szefa. – dodał i oddalił się w stronę pałacu.

Robotnicy szybko uwinęli się ze swoją pracą i cała kompania udała się na spoczynek do swoich domów. Jeden tylko Morrin udał się do najbliższej karczmy, aby tam dokończyć ciężki dzień.

Następnego ranka miasto nie tętniło życiem jak ostatniego wieczora. Słychać było tylko gwizd wiatru, który grał na szczelinach skalnych niczym na organach. Powodem ciszy była zapewne bardzo wczesna godzina, lecz kompania drwali już przygotowywała się do wyprawy po nową dostawę, aby wyrobić się do wieczora. To był ostatni dzień ich pracy, jutro miała ich zastąpić inna grupa. Pogoda postanowiła dzisiaj być mniej przychylna dla mieszkańców północnej części kontynentu. Powietrze było chłodniejsze niż wczoraj, a śnieg gnany silnym wiatrem dawał do zrozumienia, że też potrafi dać w kość. Zaprzęgi jeden za drugim przekraczały bramę podziemnego miasta. Pasażerowie wozów nie rozmawiali ze sobą, odziani w zwierzęce skóry siedzieli skuleni chroniąc twarze przed pędzącymi płatkami śniegu. Gdy dotarli na miejsce, bez słowa opuścili zaprzęgi i ruszyli w stronę lasu.

- Chwileczkę drodzy druhowie! – krzyknął donośnym głosem Belmar. Wzrok wszystkich członków kompanii spoczął na nim.
– Podejdźcie no tutaj – zwołał – tylko migiem! Kompania spojrzała po sobie i niechętnie zaczęła zmierzać ku swojemu przywódcy.
- Nie róbcie takich min, mam tu dla was beczkę najlepszego Mahtamońskiego piwa!– zakrzyknął z entuzjazmem Belmar – Tak Morrin, jestem rad, że jesteś szczęśliwy. – to zdanie rozweseliło i tak już podbudowanych informacją o dobrym napitku drwali.
– Dzisiaj mamy wyjątkową sytuację, to jest nasz ostatni dzień spędzony na skraju lasu. – ciągnął Belmar. – A poza tym dzisiaj pogoda nie dopisuje, jest zimno, więc piwo was nieco rozgrzeje.
Krasnoludy ochoczo podeszły do jednego z zaprzęgów i niedługo każdy trzymał w grubej dłoni obfity kufel ciepłego trunku. Minęło kilka chwil, kompania rozochociła się do rozmowy, lecz Belmar stanowczo rozkazał kończyć wesołe śpiewki i zabierać się do roboty. Morrin próbował wyłudzić od przywódcy jeszcze jeden kufel piwa, argumentując swoje słowa tym, że będzie chętniej pracował, lecz za sprawą wściekłego spojrzenia Belmara pierwszy do pracy. Po chwili cała kompania chwyciła za topory i ruszyła za nim w stronę lasu. Skory do wypicia drwal mrucząc pod nosem ruszył w stronę upatrzonego drzewa. Podniósł wysoko swój topór z zamiarem spuszczenia go z całym impetem na pień starego dębu, lecz zamiast dźwięku przecinającego powietrze topora usłyszał cichy syk strzały, która po chwili tkwiła w jego piersi. Kompania zobaczyła przyjaciela upuszczającego topór i osuwającego się na ziemię. Wszyscy z przerażeniem cofnęli się do tyłu. Belmar, który pozostał w tyle przy zaprzęgach, zaniepokojony poruszeniem wśród krasnoludów przybiegł ile sił w nogach.

- Co się stało? – zapytał z trwogą w głosie. – Mówię nie wyraźnie?! Co się stało?! – powtórzył.
- Morrin nie żyje – odparł drżącym głosem jeden z kompanów. – Ja nie wiem jak to się stało, po prostu padł na ziemię.
-Odsunąć się! – krzyknął rozpychając swoich towarzyszy z taką siłą, że o mało ich nie poprzewracał. Zmierzał w stronę lasu szybkim krokiem chcąc sprawdzić co stało się Morrinowi. Nagle zatrzymał się gwałtownie i wytężył wzrok. Z pośród drzew wyłaniały się wysokie smukłe postacie, poruszały się z niesamowitą gracją. Belmar cofnął się nieznacznie. Postaci było dwadzieścia, może dwadzieścia pięć, zatrzymały się w nierównym szeregu wzdłuż skraju lasu. Wszystkie miały łuki o napiętych cięciwach wycelowane w członków kompanii. Wtem z głębi lasu krasnolud ujrzał jeszcze jedną dziwną postać, inną niż pozostałe, gdy się zbliżyła okazało się, że jest to przywódca grupy, świadczył o tym jego niespotykany wierzchowiec – piękny, potężny jeleń posiadający imponujące poroże. Jeździec dosiadający zwierzę siedział w siodle dumnie z podniesioną do góry głową z której opadały czarne jak smoła włosy sięgające za ramiona. Twarz miał pociągłą i bladą niczym upiór lecz równie piękną. Jego odzienie stanowiła lekka zbroja o zielonkawym odcieniu, ozdobiona motywami roślinnymi. Wszystko wieńczyła peleryna o ciemnozielonym kolorze okrywająca boki pięknego jelenia, marszcząc się dumnie.

- Pieprzone elfy. – zaklął pod nosem Belmar.
 
 
 
Reklama









Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku


Skocz do:  





Suknie Slubne
Aktualny temat: Pierwsze opowiadanie . Forum poświęcone literaturze polskiej i światowej.Dyskusje na temat beletrystyki i literatury popularnonaukowej.Ciekawe rozmowy o książkach, literaturze, znanych autorach i nowościach na rynku wydawniczym. Wiele ciekawych działów, gdzie każdy czytelnik znajdzie coś dla siebie. Pierwsze opowiadanie Forum poświęcone literaturze polskiej i światowej.Dyskusje na temat beletrystyki i literatury popularnonaukowej.Ciekawe rozmowy o książkach, literaturze, znanych autorach i nowościach na rynku wydawniczym. Wiele ciekawych działów, gdzie każdy czytelnik znajdzie coś dla siebie.
Copyright © Forum Dobrej Książki Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group - Wszelkie prawa zastrzeżone.