Książki, Literatura, Poezja - Forum Książki
Książki, Literatura, Poezja - Forum Książki
Teraz jest 2014-10-22, 14:44


Strefa czasowa: UTC + 1








 [ Posty: 24 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: C. S. Lewis - Lew, Czarownica I Stara Szafa
PostNapisane: 2007-02-06, 16:37 
Wielki miłośnik literatury
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2006-08-21, 09:28
Posty: 1034
OPOWIEŚCI Z NARNII

Siostrzeniec Czarodzieja
Lew, Czarownica i stara szafa
Koń i jego chłopiec
Książę Kaspian
Podróż „Wędrowca do Świtu”
Srebrne krzesło
Ostatnia bitwa


C.S. LEWIS
LEW, CZAROWNICA I STARA SZAFA





CS LEWIS

Rozdział 1
ŁUCJA ZAGLĄDA DO SZAFY


BYŁO RAZ CZWORO DZIECI: Piotr, Zuzanna, Edmund i Łucja. Opowiem wam o tym, co im się przydarzyło. Podczas wojny wysłano je z Londynu na wieś, aby były bezpieczne w okresie bombowych nalotów na miasto. Zamieszkały w domu pewnego starego Profesora, który żył w głębi kraju, na wsi, dziesięć mil od najbliższej stacji kolejowej i dwie mile od najbliższej poczty. Profesor nie miał żony i mieszkał w wielkim starym domu, ze swoją gospodynią, panią Macready, i jej trzema pomocnicami. (Jeżeli już chcecie wiedzieć, to nazywały się Ivy, Margaret i Betty, ale w tej historii nie odegrały większej roli.) Profesor był bardzo stary i miał krzaczastą, białą brodę, która łączyła się z równie siwą czupryną, a rosła tak gęsto i obficie, że na twarzy pozostawało już niewiele wolnego miejsca. Dzieci szybko go polubiły, choć przy pierwszym spotkaniu w drzwiach starego domu wydał im się postacią tak bardzo dziwaczną, że Łucja (która była najmłodsza) trochę się go przestraszyła, a Edmund (który był następny w kolejności wieku) o mało nie wybuchnął śmiechem; uratowała go chusteczka, w której ukrył twarz udając, że wyciera nos.
Pierwszego wieczora, kiedy dzieci powiedziały już Profesorowi dobranoc, pobiegły na górę do swoich sypialni. Tyle było jednak spraw do omówienia, że przed położeniem się do łóżek chłopcy przyszli do pokoju dziewczynek na krótką naradę.
— No, to się nam udało, nie ma co — powiedział Piotr. — Założę się, że tu będzie fantastycznie. Ten stary pozwoli na wszystko, co tylko nam przyjdzie do głowy.
— Uważam, że to strasznie miły staruszek — powiedziała Zuzanna.
— Och, dajcie spokój — przerwał im Edmund, który był już zmęczony, a pragnął sprawiać wrażenie nie zmęczonego, co zawsze wprawiało go w zły humor. — Przestańcie tak gadać.
— To znaczy jak gadać? — spytała Zuzanna. — A w ogóle powinieneś już leżeć w łóżku.
— Próbujesz przemawiać jak mama — powiedział Edmund. — A kim ty właściwie jesteś, że mówisz mi, kiedy mam iść do łóżka? Sama sobie idź do łóżka.
— Myślę, że lepiej będzie, jeśli wszyscy pójdziemy już spać — wtrąciła się Łucja. — Jak usłyszą, że jeszcze rozmawiamy, będzie awantura.
— Nie będzie żadnej awantury — powiedział Piotr. — Mówię wam, że to taki dom, w którym nikt nie będzie sobie specjalnie zawracał głowy tym, co robimy. A zresztą i tak nas nie usłyszą. Z jadalni idzie się tu prawie dziesięć minut przez te wszystkie korytarze i schody.
— Co to za dziwny odgłos?! — spytała nagle
Łucja. Nigdy jeszcze nie była w tak dużym domu i na samą myśl o tych wszystkich długich korytarzach, z rzędami drzwi wiodących do pustych pokojów, ciarki przebiegły jej po plecach.
— To tylko jakiś ptak, głuptasie — powiedział Edmund.
— To sowa — powiedział Piotr. — Wygląda mi na to, że trafiliśmy do prawdziwego raju dla ptaków. Jeśli chodzi o mnie, to idę do łóżka, a wam radzę zrobić to samo. Od jutra rozpoczynamy badanie okolicy. W takim miejscu można znaleźć rzeczy, o jakich wam się nie śniło. Widzieliście te góry w pobliżu? A te lasy? Tu mogą być orły. Mogą być jelenie. I jastrzębie.
— Borsuki! — dodała Łucja.
— Lisy! — dodał Edmund.
— Króliki! — dodała Zuzanna. ;
Ale następnego ranka obudziło ich monotonne bębnienie deszczu, tak gęstego, że przez okno nie było widać ani gór, ani lasów, ani nawet strumyka płynącego przez ogród.
— Oczywiście MUSI padać! — stwierdził Edmund. Właśnie skończyli śniadanie z Profesorem i byli już na górze, w pokoju, który im przydzielono. Był to długi, niski pokój z dwoma oknami wychodzącymi na dwie różne strony świata.
— Och, Edziu, proszę cię, przestań narzekać — powiedziała Zuzanna. — Stawiam dziesięć do jednego, że przejaśni się w ciągu godziny. Tymczasem nie jest tak źle. Mamy radio i mnóstwo książek.
— Jeżeli chodzi o mnie, to na razie nie skorzystam — wtrącił Piotr. — Zamierzam najpierw dokładnie zwiedzić ten dom.
Wszyscy chętnie na to przystali i tak zaczęły się ich przygody. Dom był pełen zakamarków i niespodzianek, wielki, z rodzaju tych wielkich domów, co to zdają się nigdy nie mieć końca. Jak można było się spodziewać kilkoro pierwszych drzwi, które otworzyli, wiodło do pustych sypialni, wkrótce jednak doszli do bardzo długiego pokoju pełnego obrazów na ścianach; odkryli tu kompletną starą zbroję. Dalej był pokój obity zieloną tkaniną, ze stojącą w rogu harfą, następnie przejście prowadzące trzy stopnie w dół, a potem pięć stopni w górę, za nim niewielka komnata z drzwiami na balkon, a dalej cały szereg połączonych ze sobą pomieszczeń z półkami pełnymi książek, przeważnie bardzo starych, niektóre z nich były z pewnością większe od Biblii w kościele. Wkrótce potem dotarli do prawie pustego pokoju, w którym stała stara szafa z dużym lustrem w drzwiach. Nie było tu nic więcej, jeśli nie liczyć stojącej na parapecie pustej butelki z niebieskiego szkła.
— Tu nic nie ma! — stwierdził Piotr i wszyscy poszli dalej. Wszyscy — oprócz Łucji, która pomyślała sobie, że warto by na wszelki wypadek sprawdzić, czy drzwi szafy nie dadzą się otworzyć, choć była prawie pewna, że będą zamknięte. Ku jej zdumieniu otworzyły się z łatwością, a na podłogę wypadły dwie kulki naftaliny.
Kiedy zajrzała do środka, zobaczyła rząd wiszących płaszczy. Były to przeważnie futra, a trzeba wam wiedzieć, że dla Łucji nie było nic milszego nad zapach i dotyk futer. Nie wahając się ani chwili, weszła do szafy i zanurzyła się w futrach, z rozkoszą wtulając w nie twarz. Oczywiście nie zapomniała o pozostawieniu otwartych drzwi, ponieważ wiedziała, że to bardzo głupio przypadkowo zamknąć się w szafie. Postąpiła krok czy dwa w głąb i stwierdziła, że wewnątrz jest jeszcze drugi rząd płaszczy. Tutaj było już prawie zupełnie ciemno i Łucja wyciągnęła ręce przed siebie, by nie uderzyć głową w tylną ścianę szafy. Zrobiła jeszcze jeden krok naprzód, potem jeszcze dwa lub trzy, wciąż spodziewając się, że końcami palców dotknie drewnianej ściany. Ale nic takiego nie nastąpiło. „To musi być naprawdę ogromna szafa" — pomyślała, posuwając się wciąż dalej i rozgarniając miękkie futra, aby zrobić sobie miejsce. Nagle zauważyła, że coś skrzypi pod jej nogami. „To chyba kulki naftaliny", pomyślała i schyliła się, chcąc namacać je ręką. Ale zamiast twardego i gładkiego drewna podłogi wyczuła coś miękkiego, sypkiego i zimnego.
— To bardzo dziwne — powiedziała do siebie i zrobiła jeszcze krok lub dwa.
Teraz jej twarz i ręce przestały wyczuwać miękkość futer, a napotkały coś twardego i szorstkiego, a nawet kłującego.
— Ależ to zupełnie przypomina gałęzie drzew! — wykrzyknęła i nagle zauważyła jakieś światło. I to wcale nie kilkanaście centymetrów przed sobą, tam gdzie powinna być tylna ściana szafy, lecz w oddali. W chwilę później zdała sobie sprawę, że stoi pośrodku lasu, jest noc, pod nogami ma najprawdziwszy śnieg, którego płatki wirują w powietrzu.
Łucja trochę się przestraszyła, ale jednocześnie była ciekawa i podniecona. Spojrzała przez ramię za siebie. Między czarnymi pniami drzew wciąż widziała otwarte drzwi szafy, a nawet kawałek pustego pokoju. (Oczywiście zostawiła drzwi otwarte, ponieważ pamiętała, że to bardzo głupio zamknąć się w szafie.) Wyglądało na to, że w pokoju nadal jest dzienne światło. „Gdyby coś było nie w porządku, zawsze mogę wrócić" — uspokoiła się i zaczęła iść przez las, skrzyp-skrzyp po śniegu, ku dziwnemu światłu przed sobą.
Kiedy po blisko dziesięciu minutach doszła do światła, przekonała się, że to świeci latarnia na słupie. A kiedy tak stała i patrzyła na nią, rozmyślając, skąd się wzięła latarnia w środku lasu i co robić dalej, usłyszała odgłos zbliżających się kroków. Wkrótce potem bardzo dziwna postać z parasolem wynurzyła się spomiędzy drzew i weszła w krąg światła rzucany przez latarnię.
Dziwna istota była tylko trochę wyższa od Łucji. Od pasa w górę przypominała człowieka, ale jej nogi były nogami kozła (pokrytymi czarną, połyskującą w świetle latarni sierścią), a zamiast stóp miała najprawdziwsze kopytka. Miała też ogon, choć w pierwszej chwili Łucja go nie zauważyła, ponieważ był elegancko przewieszony przez trzymającą rozłożony parasol rękę, zapewne po to, aby nie ciągnął się po śniegu. Szyję otulał czerwony, wełniany szalik, a jej skóra miała również lekko czerwoną barwę. Twarz wędrowca była dziwna, lecz miła. Miał krótką, ostro zakończoną bródkę i kręcące się włosy, z których wystawały dwa małe różki. W jednej ręce, jak już powiedziałem, trzymał otwarty, biały od śniegu parasol, w drugiej — kilka paczek owiniętych w brązowy papier, jakby wracał z zakupów przed Bożym Narodzeniem.
Był to faun. Kiedy zobaczył Łucję, tak gwałtownie podskoczył z wrażenia, że wszystkie paczki wypadły mu z rąk.
— Boże miłosierny! — wykrzyknął.


Rozdział 2
CO ŁUCJA TAM ZOBACZYŁA

DOBRY WIECZÓR — powiedziała Łucja.
Faun był tak zajęty zbieraniem swoich paczek, że w pierwszej chwili nie odpowiedział na jej powitanie. Dopiero kiedy skończył, lekko się skłonił i powiedział:
— Dobry wieczór, dobry wieczór. Najmocniej przepraszam, nie chciałbym być zbyt natrętny, ale czy nie mylę się sądząc, że jesteś Córką Ewy?
— Mam na imię Łucja — odpowiedziała, nie bardzo rozumiejąc, o co mu chodzi.
— Ale czy nie jesteś, proszę mi wybaczyć, czy nie jesteś kimś, kogo się nazywa „dziewczynką"? — zapytał faun.
— Oczywiście, że jestem dziewczynką — zgodziła się Łucja.
— Czy to znaczy, że jesteś człowiekiem?
— Oczywiście, że jestem człowiekiem — powiedziała Łucja coraz bardziej zdziwiona.
— Naturalnie, naturalnie. Cóż za głupiec ze mnie! Ale proszę zrozumieć, jeszcze nigdy nie widziałem Syna Adama lub Córki Ewy. Bardzo się cieszę. Trzeba ci bowiem wiedzieć... — i tu urwał, jakby miał powiedzieć coś, czego nie zamierzał, ale w porę ugryzł się w język. — Bardzo mi przyjemnie. Pozwól, że się przedstawię. Nazywam się Tumnus.
— Miło mi pana poznać, panie Tumnusie — powiedziała Łucja.
— A czy wolno mi zapytać, o Łucjo, Córko Ewy, w jaki sposób znalazłaś się w Narnii?
— W Narnii? A co to takiego? — zapytała Łucja.
— Przecież znajdujemy się w kraju, który nazywa się Narnią. Wszystko, co leży między Latarnią a wielkim zamkiem Ker-Paravelem nad wschodnim morzem — wszystko to należy do Narnii. A ty, ty zapewne przybywasz z Zachodniej Puszczy?
— Ja... ja przyszłam tu ze starej szafy w garderobie — wyjąkała Łucja.
— Ach! — westchnął pan Tumnus melancholijnie. — Gdybym tylko trochę bardziej przykładał się do geografii, kiedy byłem małym faunem, to bez wątpienia wiedziałbym wszystko o tych dalekich i dziwnych krajach. Teraz już na to za późno.
— Ale to wcale nie są żadne kraje — powiedziała Łucja, rozbawiona. — To jest tam, zaraz za nami... a w każdym razie... no, nie jestem taka pewna. Tam jest lato.
— Jednakże — zauważył pan Tumnus — w Narnii jest zima, i to od tak dawna! Jeżeli będziemy tak stać i rozmawiać w tym śniegu, to możemy się przeziębić. Czy Córka Ewy z dalekiego kraju Gar-Deroby, gdzie panuje wieczne lato wokół prześwietnego miasta Staraszafa, nie zechciałaby przyjąć zaproszenia na mały podwieczorek?
— Bardzo panu dziękuję, panie Tumnusie — powiedziała Łucja — ale zastanawiałam się właśnie, czy nie powinnam już wracać.
— To zaledwie parę kroków stąd — nalegał faun. — Będzie też ogień na kominku i grzanki, i sardynki, i ciasto...
— To bardzo uprzejme z pana strony — powiedziała Łucja. — Ale naprawdę nie będę mogła zostać zbyt długo.
— Gdybyś zechciała wziąć mnie pod rękę, Córko Ewy, to parasol osłoni nas oboje. Idziemy w tamtą stronę. A więc — w drogę!
I w ten sposób Łucja szła teraz przez las, trzymając pod rękę tę dziwną istotę, jakby znali się od urodzenia.
Nie uszli daleko, gdy teren stał się bardziej pofałdowany, naokoło pojawiły się skały i niezbyt wysokie wzgórza. Zeszli na dno płytkiego wąwozu i tutaj pan Tumnus skręcił nagle w bok, jakby miał zamiar wejść prosto na wyjątkowo dużą skałę, i dopiero w ostatniej chwili Łucja spostrzegła, że w skale jest wejście do pieczary. Kiedy znaleźli się w środku, oślepił ją blask ognia płonącego na kominku. Pan Tumnus schylił się, małymi, zgrabnymi szczypcami wyjął płonące drewienko i zapalił lampę.
— Nie potrwa to długo — powiedział, stawiając imbryk na ogniu.
Łucja pomyślała sobie, że nigdy jeszcze nie widziała tak miłego domu. Była to niewielka, sucha i czysta pieczara, wykuta w czerwonawej skale. Na podłodze leżał dywan, stały też dwa foteliki („Jeden dla mnie, drugi dla przyjaciela", wyjaśnił pan Tumnus), stół i kredens, a nad gzymsem kominka wisiał portret fauna z siwą brodą. W rogu były drzwi, prowadzące zapewne do sypialni pana Tumnusa, a pod jedną ze ścian stała półka z książkami. Kiedy gospodarz przygotowywał podwieczorek, Łucja obejrzała sobie książki, wśród których natrafiła na takie dziwne tytuły, jak Życie i pisma Sylena albo Nimfy i ich Życie, albo Ludzie, mnisi i leśnicy; studium znanej legendy, albo Czy człowiek jest mitem?
— Wszystko gotowe, Córko Ewy! — oznajmił faun.
Był to naprawdę wspaniały podwieczorek: najpierw wyborne jajka na miękko, potem sardynki na grzankach, potem znowu grzanki z masłem, i jeszcze grzanki z miodem, a na koniec ciastko z lukrem. A kiedy Łucja już się najadła, faun zaczął opowiadać. Cóż to były za cudowne opowieści o życiu w puszczy! Opowiadał o zabawach w świetle księżyca, gdy nimfy — które mieszkają w źródlanych jeziorkach — i driady — które mieszkają w drzewach — wychodzą o północy na polanę, aby tańczyć z faunami; o gonitwach za mlecznobiałym jelonkiem, który może spełnić każde życzenie, gdy się go schwyta; o biesiadach z dzikimi Czerwonymi Karłami i o wyprawach po skarby ukryte w głębokich kopalniach i jaskiniach; a potem jeszcze o lecie, o tym, jak by to było dobrze, gdyby drzewa były znowu zielone i gdyby znowu odwiedził ich stary Sylen na swoim grubym ośle, a może i sam Bachus; w strumieniach popłynęłoby wino zamiast wody, a wszyscy mieszkańcy lasu oddaliby się beztroskiej, trwającej tygodniami zabawie...
— Gdyby tylko nie było tej wiecznej zimy — zakończył ponuro faun.
Potem, jakby chcąc dodać sobie otuchy, wydobył z leżącego na kredensie futerału dziwny, mały flet, wyglądający, jakby był zrobiony z trzciny, i zaczął na nim grać. Tęskny ton fletu sprawiał, że Łucji chciało się płakać i śmiać, tańczyć i spać jednocześnie. Musiały chyba minąć całe godziny, kiedy otrząsnęła się z zasłuchania i powiedziała:
— Och, drogi panie Tumnusie, tak mi żal, że muszę panu przerwać, bo tak strasznie podoba mi się ta muzyka, ale, naprawdę, muszę już wracać do domu. Miałam wpaść tylko na chwilkę...
— Nie sądzę, żeby było najrozsądniej iść TERAZ — odpowiedział faun.
— Nierozsądnie? — Łucja zerwała się z fotela, trochę przestraszona. — Co pan ma na myśli? Muszę zaraz wracać do domu. Będą się o mnie niepokoić.
Lecz za chwilę, widząc dziwną zmianę w twarzy gospodarza, zapytała:
— Och, drogi panie Tumnusie, co się stało?
Brązowe oczy fauna napełniły się łzami, które zaczęły spływać mu po policzkach, zbierać się na czubku nosa i skapywać na ziemię, aż w końcu zakrył twarz rękami i gorzko zaszlochał.
— Panie Tumnusie! Panie Tumnusie! — zawołała Łucja przerażona. — Proszę przestać, błagam pana! Co się stało? Czy źle się pan czuje? Kochany panie Tumnusie, niech mi pan wreszcie powie, czy stało się coś złego?
Ale faun płakał dalej, jakby mu miało za chwilę pęknąć serce. Nie przestał szlochać nawet wówczas, gdy Łucja podeszła do niego, objęła go serdecznie i ofiarowała mu swoją chustkę do nosa. Płakał i płakał, teraz już w chusteczkę, wyżymając ją co jakiś czas, gdy stawała się tak mokra, że już więcej łez nie chciało w nią wsiąknąć.
— Panie Tumnusie! — krzyknęła wreszcie Łucja, potrząsając nim w rozpaczy. — Proszę przestać! Proszę natychmiast przestać! Powinien się pan naprawdę wstydzić, taki duży faun jak pan. No i dlaczego, na miłość boską, tak pan ryczy?!
— Och, och, och — załkał pan Tumnus. — Płaczę, bo jestem bardzo złym faunem...
— Wcale nie myślę, że jest pan złym faunem — powiedziała Łucja. — Myślę, że jest pan bardzo miłym faunem. Naprawdę, jest pan najmilszym faunem, jakiego zdarzyło mi się spotkać.
— Och, och, nie mówiłabyś tak, gdybyś wiedziała o wszystkim — odpowiedział faun w krótkiej przerwie między dwoma gwałtownymi atakami szlochu. — Nie, nie jestem wcale dobry, jestem bardzo zły.
— Ale co takiego pan zrobił? — spytała Łucja.
— Spójrz tylko na mojego starego tatę — powiedział pan Tumnus — tam, nad kominkiem, na portrecie. Nigdy by czegoś takiego nie zrobił.
— Czego by nie zrobił?
— Tego, co ja zrobiłem — odrzekł faun. — Jestem sługą Białej Czarownicy. Oto, czym jestem. Zaprzedałem się Białej Czarownicy.
— Białej Czarownicy? Któż to taki?
— Jak to, nie wiesz? To przecież ona panuje nad całą Narnią. To ona sprawia, że zawsze jest zima. Zawsze jest zima, choć nigdy nie ma Bożego Narodzenia — sama tylko pomyśl!
— Ależ to okropne! — powiedziała Łucja. — Ale co TY właściwie dla niej robisz?
— To właśnie jest najgorsze — odpowiedział pan Tumnus i jęknął głucho. — Porywam dla niej dzieci, oto cała prawda. Popatrz na mnie, Córko Ewy. Czy mogłabyś uwierzyć, że jestem takim faunem, co to spotyka w lesie biedne, niewinne dziecko, które nie zrobiło mu nic złego, udaje, że się z nim zaprzyjaźnia, zaprasza je do swojego domu — a wszystko po to, aby je uśpić, a potem oddać w ręce Białej Czarownicy?
— Nie — powiedziała Łucja. — Jestem pewna, że pan nie zrobiłby niczego w tym rodzaju.
— Ale ja to zrobiłem — załkał faun.
— No, cóż... — powiedziała Łucja powoli (ponieważ chciała być sprawiedliwa, ale i niezbyt surowa). — Cóż, to rzeczywiście brzydko z pana strony. Ale żałuje pan tak szczerze... Jestem pewna, że to się już nigdy nie powtórzy.
— O Córko Ewy, czy ty naprawdę niczego nie rozumiesz? — zapytał faun. — Nie mówię o czymś, co KIEDYŚ zrobiłem. Ja to robię TERAZ, w tej właśnie chwili...
— Co pan chce przez to powiedzieć?! — krzyknęła Łucja, a jej policzki zrobiły się nagle o wiele bielsze niż przedtem.
— To ty jesteś tym dzieckiem. Otrzymałem rozkaz od Białej Czarownicy, aby schwytać i oddać w jej ręce każdego Syna Adama i każdą Córkę Ewy, których kiedykolwiek spotkam w lesie. A ty jesteś pierwszą Córką Ewy, jaką spotykam. Robiłem wszystko, żebyś się ze mną zaprzyjaźniła, zaprosiłem cię na podwieczorek, ale przez cały czas, tak, przez cały czas myślałem tylko o tym, że kiedy cię uśpię, pójdę i powiem JEJ…
— Och, ale pan przecież tego nie zrobi?! — krzyknęła Łucja. — Nie zrobi pan tego, prawda? Przecież pan tego nie może zrobić!
— A jeśli tego nie zrobię — powiedział faun, wybuchając znowu płaczem — ona się o tym na pewno dowie. Każe mi odciąć ogon, odpiłować różki, wyrwać brodę, a potem machnie swoją różdżką nad moimi ślicznymi, rozszczepionymi kopytkami i zamieni je w okropne, bryłowate kopyta, jak u jakiejś nędznej szkapy. A jeżeli będzie na mnie szczególnie zła, zamieni mnie w kamień i będę tylko posągiem fauna, aż do czasu, gdy cztery trony na Ker-Paravelu znowu zostaną zajęte, a Bóg jeden wie, kiedy to się stanie i czy w ogóle do tego kiedykolwiek dojdzie.
— Bardzo mi przykro, panie Tumnusie — powiedziała stanowczo Łucja — ale proszę mi pozwolić iść już do domu.
— Pozwolę, rzecz jasna — odrzekł faun. — To oczywiste, że muszę tak postąpić. Teraz widzę to wyraźnie jak na dłoni. Nie miałem pojęcia, jacy są ludzie, zanim ciebie spotkałem. Teraz, kiedy już cię znam, wiem dobrze, że nie mogę cię oddać w ręce tej wiedźmy. Musisz jednak zaraz ruszać w drogę. Odprowadzę cię aż do Latarni. Myślę, że stamtąd trafisz już łatwo do Gar-Deroby i Staraszafy?
— Jestem pewna, że trafię — powiedziała Łucja.
— Musimy zachować najwyższą ostrożność. Cały las pełen jest jej szpiegów. Nawet niektóre drzewa są na jej służbie.
Tak więc pan Tumnus ponownie rozłożył parasol, podał Łucji ramię i pospiesznie wyszli z pieczary, nie dbając nawet o posprzątanie po podwieczorku. Tym razem droga nie przypominała już zupełnie miłego spaceru do pieczary fauna; przemykali się ukradkiem przez las, nie odzywając się do siebie, a pan Tumnus starał się wybierać najciemniejsze przejścia. Łucja odetchnęła z ulgą, kiedy dotarli wreszcie do Latarni.
— Czy stąd już pamiętasz drogę, Córko Ewy? — zapytał Tumnus.
Łucja wpatrzyła się w ciemność między drzewami i dostrzegła w oddali jasną plamkę, wyglądającą jak odblask dziennego światła.
— Tak, widzę już drzwi szafy.
— A więc pędź do domu tak szybko, jak tylko potrafisz — powiedział faun. — I... czy b-będziesz mi mogła w ogóle przebaczyć to wszystko, o czym ci powiedziałem?
— Ależ naturalnie, wybaczam — powiedziała Łucja, ściskając mu serdecznie rękę. — I mam nadzieję, że nie wpadniesz przeze mnie w jakieś straszne tarapaty.
— Zegnaj, Córko Ewy — odpowiedział szybko faun. — A może... może mógłbym zatrzymać chusteczkę?
— Chyba tak! — powiedziała Łucja i popędziła w stronę plamki dziennego światła między drzewami tak szybko, jak potrafiła. I nagle, zamiast szorstkich gałęzi drzew, poczuła na twarzy miękkość futrzanych płaszczy, a zamiast skrzypiącego śniegu pod nogami — twardość drewnianej podłogi, aż raptem zdała sobie sprawę z tego, że wyskakuje przez otwarte drzwi szafy wprost do tego samego pokoju, w którym rozpoczęła się ta dziwna przygoda. Starannie zamknęła szafę i rozejrzała się wokoło, łapiąc oddech po szybkim biegu. Na dworze wciąż padało, a z korytarza dobiegły ją głosy rodzeństwa.
— Hej, jestem tutaj! — krzyknęła. — Jestem tutaj! Wróciłam! Nic mi się nie stało!



Rozdział 3
EDMUND WCHODZI DO SZAFY


Łucja wybiegła z pustego pokoju na korytarz, gdzie znalazła pozostałą trójkę rodzeństwa.
— Nic mi nie jest! — powtórzyła. — Już wróciłam.
— O czym ty, na miłość boską, mówisz, Łucjo?
— zapytała Zuzanna.
— Jak to? — zdziwiła się Łucja. — Czy nie martwiliście się o mnie?
— A więc schowałaś się przed nami? — powiedział Piotr. — Biedna Łusia, schowała się i nikt tego nie zauważył! Na drugi raz, jak będziesz chciała, żeby ktoś zaczął martwić się twoim zniknięciem, musisz posiedzieć w kryjówce trochę dłużej.
— Ale przecież nie było mnie przez całe godziny!
— krzyknęła Łucja.
Trójka rodzeństwa popatrzyła po sobie.
— Ona jest stuknięta! — powiedział Edmund, pukając się w czoło. — Kompletnie stuknięta.
— Co właściwie masz na myśli, Łucjo? — zapytał Piotr.
— To, co powiedziałam — odrzekła Łucja. — Zaraz po śniadaniu weszłam do szafy, nie było mnie całe godziny, jadłam tam podwieczorek i w ogóle zdarzyło się mnóstwo różnych rzeczy.
— Nie bądź głupia, Łucjo — powiedziała Zuzanna. — Dopiero co wyszliśmy z tego pokoju i ty tam jeszcze byłaś.
— Ona wcale nie jest głupia — powiedział Piotr. — Po prostu całą tę historię wymyśliła sobie dla żartu. Mam rację, Łucjo? Przecież nie ma w tym nic złego.
— Nie, Piotrze, niczego sobie nie wymyśliłam — powiedziała Łucja. — To jest zaczarowana szafa. W środku jest las i pada śnieg, i tam jest faun i Czarownica, i to się nazywa Narnia, a jak nie wierzycie, to idźcie i sami zobaczcie.
Dzieci nie wiedziały, co o tym sądzić, ale Łucja była tak wzburzona, że wszyscy wrócili do pustego pokoju. Łucja pierwsza podbiegła do szafy, otworzyła drzwi i zawołała:
— A teraz wejdźcie do środka i sami zobaczcie!
— No i co, głupia gąsko — powiedziała Zuzanna, wsadzając głowę do środka i rozchylając futra — to przecież zwykła szafa. Popatrzcie, tu jest tylna ściana.
Potem każdy po kolei zaglądał do środka, rozchylał płaszcze i — cóż, wszyscy, łącznie z Łucją, mogli sobie obejrzeć najzwyklejszą w świecie szafę. Nie było ani lasu, ani śniegu, jedynie tylna ściana szafy ze sterczącymi z niej hakami. Piotr wszedł do środka i zabębnił w nią pięściami, aby upewnić wszystkich, że jest to tylko zwykłe, twarde drewno.
— Znakomity kawał — powiedział po wyjściu z szafy. — No, Łucjo, naprawdę udało ci się nas nabrać. Prawie ci uwierzyliśmy.
— Ale to nie był żaden kawał — zaperzyła się Łucja. — To prawda. Jeszcze przed chwilą wszystko było inaczej. Naprawdę tak było. Przysięgam.
— Posłuchaj, Łucjo — powiedział Piotr — czy nie uważasz, że trochę przesadziłaś? Zupełnie nieźle sobie z nas zażartowałaś, ale teraz może byłoby lepiej dać temu spokój, co?
Łucja zaczerwieniła się i chciała jeszcze coś powiedzieć, ale ponieważ nie bardzo wiedziała co, wybuchnęła płaczem.
Przez następne kilka dni była bardzo biedna. Mogła z łatwością w każdej chwili przerwać tę niemiłą sytuację, gdyby tylko dla świętego spokoju przyznała, że wszystko to było wymyśloną przez nią dla zabawy bajką. Ale Łucja była bardzo prostolinijną dziewczynką i wiedziała, że w rzeczywistości to ona ma rację, toteż nie mogła się na to zdecydować. Pewność, z jaką inni uznawali jej opowieść za kłamstwo — i to bardzo głupie kłamstwo — sprawiała jej wielką przykrość. Co prawda starsze rodzeństwo wkrótce przestało jej dokuczać, ale Edmund potrafił być złośliwy, a w tym wypadku pokazywał, na co go stać. Bez przerwy kpił i naśmiewał się z biednej Łucji, wypytując ją, czy znalazła jakieś inne dziwne kraje w różnych kredensach i szafach w całym domu. A przecież te dni mogły być tak przyjemne! Pogoda była piękna i dzieci mogły teraz przebywać poza domem od rana do wieczora, łowiąc ryby, kąpiąc się, wspinając na drzewa i wylegując na wrzosowisku. Łucja nie potrafiła jednak cieszyć się tym wszystkim naprawdę. I tak było aż do następnego deszczowego dnia.
Tego dnia, kiedy już zrobiło się popołudnie i wciąż nie było najmniejszych oznak zmiany pogody, dzieci postanowiły zabawić się w chowanego. Pierwsza szukała Zuzanna. Gdy tylko reszta rozbiegła się w poszukiwaniu kryjówek, Łucja wśliznęła się do garderoby. Wcale nie miała zamiaru chować się w szafie, ponieważ wiedziała, że gdyby ją tam znaleziono, znowu zaczęłyby się złośliwe docinki na temat tej przeklętej historii. Chciała jednak jeszcze raz do niej zajrzeć, gdyż sama zaczynała już się zastanawiać, czy rzeczywiście Narnia nie była tylko pięknym snem. Dom był tak wielki i pełen tylu zakamarków, że z pewnością miałaby jeszcze potem czas na znalezienie sobie jakiejś innej, dobrej kryjówki. Gdy zbliżyła się do szafy, usłyszała kroki na korytarzu i nie pozostało jej nic innego, jak wskoczyć do środka i przymknąć za sobą drzwi. Oczywiście nie zamknęła ich całkowicie, ponieważ wiedziała, że to bardzo głupio zamknąć się w szafie — nawet wtedy, gdy jest to szafa zaczarowana.
Kroki, które usłyszała, były krokami Edmunda. Zdążył wejść do pokoju wystarczająco wcześnie, by dostrzec Łucję znikającą w szafie. Od razu postanowił wejść za nią do środka — nie dlatego, by uważał szafę za szczególnie dobrą kryjówkę, ale dlatego, że chciał znowu pokpić sobie z Łucji i z jej wymyślonego kraju. Otworzył drzwi. Wewnątrz wisiały, jak zawsze, futra, pachniało naftaliną, było cicho i ciemno, ale po Łucji nie było ani śladu. „Na pewno myśli, że to przyszła Zuzanna, aby ją złapać — pomyślał Edmund — więc siedzi cicho gdzieś w głębi". Wskoczył do środka i zamknął za sobą drzwi zapominając, że takie postępowanie może świadczyć tylko o głupocie. Potem zaczął macać rękami w ciemności, szukając siostry, lecz ku swemu zdziwieniu nigdzie nie mógł jej znaleźć. Postanowił więc otworzyć drzwi, aby wpuścić do środka trochę światła. Ale i drzwi gdzieś się zapodziały. To już zupełnie przestało mu się podobać, zaczął więc przepychać się między płaszczami to w jedną, to w drugą stronę, nawołując:
— Łucjo! Łucjo! Gdzie jesteś? Wiem, że tu jesteś!
Nie było odpowiedzi. Edmund zauważył, że jego głos brzmi jakoś dziwnie — wcale nie tak, jakby tego można było oczekiwać pokrzykując w zamkniętej szafie, ale tak, jakby znajdował się na dworze. Poczuł też, że zrobiło się nieoczekiwanie zimno. I wtedy zobaczył światło.
„Dzięki Bogu — pomyślał — drzwi musiały się same otworzyć". Zapomniał już zupełnie o Łucji i podążył ku światłu, pewien, że to otwarte drzwi szafy. Ale zamiast wyskoczyć z ciemności wprost do pełnej światła garderoby, stwierdził nagle, że wychodzi z cienia jakiegoś gęstego, jodłowego zagajnika na otwartą przestrzeń w środku lasu.
Pod stopami chrzęścił mu suchy, sypki śnieg, który pokrywał też gałęzie drzew. Nad nim jaśniało bladoniebieskie niebo, takie, jakie zdarza się w piękne zimowe poranki. Wprost przed sobą, między pniami drzew, zobaczył wschodzące słońce, czerwone i wyraźne. Naokoło panowała głęboka cisza, jakby był jedyną żywą istotą w tym kraju. Wśród drzew nie dostrzegł choćby drozda czy wiewiórki, a las rozciągał się w każdym kierunku tak daleko, jak tylko mógł sięgnąć wzrokiem. Poczuł, że ciarki przebiegają mu po plecach.
Teraz przypomniał sobie o Łucji, a także — choć poniewczasie — o swoich docinkach na temat jej „wymyślonego kraju", który — jak się okazało — wcale nie był wymyślony. Wciąż miał jednak nadzieję, że siostra musi być gdzieś blisko, więc zawołał:
— Łucjo! Łucjo! Ja też jestem tutaj! To ja, Edmund!
Nie było żadnej odpowiedzi. . „Na pewno jest na mnie zła za to wszystko, co jej ostatnio mówiłem", pomyślał Edmund. I chociaż nie lubił przyznawać się do błędów, jeszcze mniej podobało mu się to, że jest zupełnie sam w tym dziwnym, zimnym i cichym miejscu.
Krzyknął więc jeszcze raz:
— Hej, hej, Łusiu! Przepraszam, że ci nie uwierzyłem. Teraz widzę, że od początku miałaś rację. Ale wyjdź już, proszę cię! Dajmy temu spokój!
Wciąż nie było żadnej odpowiedzi.
— Jak to dziewczynka! — powiedział do siebie Edmund. — Dąsa się gdzieś i nie przyjmie żadnych przeprosin.
Raz jeszcze rozejrzał się wokoło i doszedł do wniosku, że to miejsce nie bardzo mu się podoba, wobec czego już postanowił wracać do domu, gdy nagle, gdzieś daleko w lesie, odezwał się dźwięk dzwoneczków. Nasłuchiwał, a dzwonki przybliżały się i przybliżały, aż w końcu zza drzew wyskoczyły sanie zaprzężone w dwa reny.
Reny były wielkości szetlandzkich kucyków, a sierść miały tak białą, że w porównaniu z nimi nawet śnieg wydawał się szary. Ich rozgałęzione rogi były pozłacane i kiedy zalśniło na nich słońce, zapłonęły żywym ogniem. Uprząż była zrobiona ze szkarłatnej skóry i przyozdobiona dzwoneczkami. Na koźle siedział przysadzisty karzeł, który z pewnością nie miałby nawet metra wysokości, gdyby stanął wyprostowany. Ubrany był w kożuch z polarnego niedźwiedzia, a na głowie miał czerwony kaptur z długim, zwisającym nisko pomponem. Obfita broda spływała mu aż na kolana, pełniąc funkcję czegoś w rodzaju pledu chroniącego przed zimnem. Za nim, na podwyższeniu pośrodku sań, siedziała zupełnie inna postać: wysoka pani, bardziej wysoka niż najwyższa kobieta, jaką Edmund kiedykolwiek widział. Pani również była przykryta białym futrem, w prawej ręce trzymała długą, prostą laseczkę, a na głowie miała złotą koronę. Jej twarz była biała — nie zwyczajnie blada, lecz zupełnie biała, jak śnieg lub papier, lub wata cukrowa, tylko wargi płonęły jaskrawą czerwienią. Była to twarz piękna, lecz dumna, zimna i surowa.
Zbliżające się do Edmunda sanie wyglądały naprawdę cudownie: dzwoneczki dzwoniły, karzeł strzelał z bata, a śnieg wzbijał się w powietrze po obu stronach.
— Zatrzymaj się! — powiedziała pani i karzeł ściągnął lejce tak ostro, że reny prawie przysiadły na śniegu. Potem wyprostowały się i potrząsały gniewnie łbami, parskając głośno, a w mroźnym powietrzu ich szybkie oddechy zamieniały się w gęstą parę.
— A kimże ty jesteś? — zapytała pani, spoglądając surowo na Edmunda.
— Ja... ja... nazywam się Edmund — wyjąkał chłopiec. Wcale nie podobał mu się sposób, w jaki na niego patrzyła.
Pani zmarszczyła brwi.
— I w ten sposób odzywasz się do swojej królowej? — zapytała, patrząc na niego jeszcze bardziej surowo.
— Proszę o wybaczenie, wasza królewska wysokość, nie wiedziałem...
— Nie znasz królowej Narnii?! — krzyknęła pani.
— Ha! Zaraz poznasz nas lepiej. Ale pytam raz jeszcze: kim jesteś?
— Niech mi wasza królewska wysokość wybaczy
— wyjąkał Edmund — ale nie wiem, co odpowiedzieć. Jestem w szkole... to znaczy byłem... teraz są wakacje...


Ostatnio edytowano 2007-02-09, 22:44 przez toudi, łącznie edytowano 1 raz

Góra
Zobacz profil  
 



 Tytuł:
PostNapisane: 2007-02-06, 16:41 
Świr woluminów
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2006-08-08, 16:22
Posty: 2254
Lokalizacja: Siedlce
toudi, nie taką kolejnośc masz.

Lew, czarownica i stara szafa (tom 1)
Książę Kaspian (tom 2)
Podróż "Wędrowca do Świtu" (tom 3)
Srebrne krzesło (tom 4)
Koń i jego chłopiec (tom 5)
Siostrzeniec czarodzieja (tom 6)
Ostatnia bitwa (tom 7)

xD


Góra
Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: 2007-02-06, 16:55 
Wielki miłośnik literatury
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2006-08-21, 09:28
Posty: 1034
nie masz racji czytałem całą serie
Siostrzeniec Czarodzieja
Lew, Czarownica i stara szafa
Koń i jego chłopiec
Książę Kaspian
Podróż „Wędrowca do Świtu”
Srebrne krzesło
Ostatnia bitwa
to kolejność chronologiczna, siostrzeniec był pierwszy.
Nie interesuje mnie film, ja idę według kolejności książek

[ Dodano: 2007-02-06, 17:29 ]
Skąd wiozłeś tą kolejność ?? Według wydarzeń w Narnii jest tak jak podałem.
Wydawnictwa i Producenci filmowi wydają jak im wygodniej i piszą co chcą


Góra
Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: 2007-02-06, 17:30 
Nadworny bibliofil forum

Dołączył(a): 2005-10-25, 14:04
Posty: 3537
Lokalizacja: Otwock
Cytuj:
to kolejność chronologiczna, siostrzeniec był pierwszy.


Zgodze się z Neander, mam Opowieści z Narni w dwóch tomach. I kolejność jest właśnie taka jak podał.

Hmm z tegon co widze to za każdym razem kolejność była inna :scratch: >>KLIK<<


Góra
Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: 2007-02-06, 17:39 
Wielki miłośnik literatury
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2006-08-21, 09:28
Posty: 1034
No bo widać wydawnictwa podały jak się im podoba.
Jak przeczytałaś powinnaś się zorientować.
Spoiler ! ! Kto nie czytał, niech tego nie czyta

1) tom pierwszy Narnia powstaje
2) do narni dostaje się Edmund z rodzeństwem
3) wielcy królowie Narni żyją( Edmund i rodzeństwo ) odpierają wrogie ataki
4) dużo później wielcy królowie powracają aby pomóc Księciu Kaspianowi
5) Kaspian wyrusza z ekspedycją ratownicza
6) Potomek kaspiana ma problemy, jest uwięziony przez czarownice
7) Ostatni rożdział koniec Narnii


[ Dodano: 2007-02-06, 17:53 ]
Liczy się kolejność preferowana przez Autora. Trochę to namotane, ale fabuła jest liniowa, łatwo można określić chronologie


Góra
Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: 2007-02-06, 18:14 
Świr woluminów
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2006-08-08, 16:22
Posty: 2254
Lokalizacja: Siedlce
Właśnie taka jak podałem jest od autopra. 1 z biblionetki. 2 z okładki seri (kilku wydań) ;)

Tu masz link:

>>klik<<


Góra
Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: 2007-02-06, 18:18 
Wielki miłośnik literatury
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2006-08-21, 09:28
Posty: 1034
Ja kieruje się tym co czytałem wy książce, nie tym co piszę wydawnictwo na okładce.
Pewnie z stąd nie ścisłość
Umieszczę resztę tomów w kolejności chronologicznej


Góra
Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: 2007-03-18, 16:45 
Bibliofil
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2006-03-11, 22:32
Posty: 3239
Lokalizacja: Londyn
barwinka napisał(a):
Zgodze się z Neander, mam Opowieści z Narni w dwóch tomach. I kolejność jest właśnie taka jak podał.


A ja mam dokładnie taką samą kolejność (w swoich zbiorach) o jakiej pisał toudi.


Góra
Zobacz profil  
 
 Tytuł: "Lew, Carownica i Stara Szafa"
PostNapisane: 2008-02-22, 21:05 
Czytelnik
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2007-11-03, 18:26
Posty: 157
Lokalizacja: Z Polski
Rozdział 4
PTASIE MLECZKO


ALE KIM JESTEŚ? — zapytała ponownie królowa. — Czy może jesteś wyrośniętym karłem, który obciął sobie brodę?
— Nie, wasza królewska wysokość — odpowie&not;dział Edmund. — Nigdy nie miałem brody. Jestem chłopcem.
— Chłopcem? Czy chcesz powiedzieć, że jesteś Synem Adama?
Edmund nic nie odpowiedział. Był zbyt zmieszany, aby zrozumieć pytanie.
— Kimkolwiek jesteś, to prócz tego jesteś na pewno idiotą — powiedziała królowa. — I odpowiedz mi wreszcie, chyba że chcesz, abym straciła cierpliwość: czy jesteś człowiekiem?
— Tak, najjaśniejsza pani — powiedział Edmund. — A jak się dostałeś do mojego królestwa?
— Dostałem się tu przez szafę, najjaśniejsza pani.
— Przez szafę? Co to znaczy?
— Ja... ja otworzyłem drzwi... i po prostu znalazłem się tutaj, najjaśniejsza pani — wyjąkał Edmund.
— Ha! — wykrzyknęła królowa, bardziej do siebie niż do niego. — Drzwi. Drzwi do Świata Ludzi.
Słyszałam już o takich rzeczach. To może popsuć wszystko. Ale na razie on jest sam i łatwo sobie z nim poradzę.
Powstała ze swojego siedzenia i spojrzała Edmundowi prosto w twarz. Jej oczy zapłonęły dziwnym blaskiem, a ręka uniosła różdżkę. Edmund czuł, że za chwilę stanie się coś strasznego, ale nie był w stanie ruszyć się z miejsca. Ale kiedy już pogodził się ze swoim losem, królowa nagle jakby zmieniła zamiar.
— Moje biedne dziecko — odezwała się do niego zupełnie innym tonem — chyba bardzo zmarzłeś, prawda? Chodź tutaj i usiądź ze mną w saniach, a ja otulę cię futrem i trochę sobie porozmawiamy.
Trudno powiedzieć, żeby ten pomysł spodobał się Edmundowi, ale nie śmiał być nieposłuszny, więc wspiął się na sanie i usiadł u jej stóp. Pani zarzuciła na niego futro i troskliwie go nim otuliła.
— A teraz może byś się napił czegoś gorącego?
— zapytała.
— Tak, bardzo proszę, wasza królewska wysokość
— odpowiedział Edmund, szczękając zębami. Królowa wyjęła z fałd swego płaszcza małą flaszeczkę, wyglądającą jakby była zrobiona z miedzi. Potem wyciągnęła rękę poza sanie i wylała z flaszeczki kroplę jakiegoś płynu. Przez moment kropla zalśniła w słońcu jak diament, ale gdy tylko spadła na śnieg, coś zasyczało — i oto w tym samym miejscu stał wysadzany drogimi kamieniami kubek z czymś, co parowało w zimnym powietrzu. Karzeł błyskawicznie zeskoczył na ziemię, podniósł kubek, skłonił się i podał Edmundowi z uśmiechem. Nie był to wcale przyjemny uśmiech. Ale gdy tylko chłopiec wypił kilka łyków gorącego płynu, poczuł się od razu lepiej. Dziwny napój nie przypominał niczego, co pił kiedykolwiek przedtem: był słodki, pieniący się i gęsty, a po wypiciu ciepło rozchodziło się momentalnie po całym ciele.
— Nie sądzisz, że dobrze byłoby teraz coś zjeść, Synu Adama? — zapytała królowa. — Na co miałbyś ochotę?
— Na ptasie mleczko, jeśli można, wasza królewska wysokość — odpowiedział Edmund.
Królowa wylała z buteleczki jeszcze jedną kroplę; tym razem na śniegu pojawiło się okrągłe, przewiązane zieloną wstążeczką pudło, pełne — jak się okazało — najlepszego ptasiego mleczka. Każdy kawałek był słodki i cudownie piankowaty aż do samego środka i Edmund musiał przyznać, że nigdy jeszcze nie jadł czegoś równie wspaniałego. Teraz zrobiło mu się bardzo ciepło i przyjemnie.
Kiedy objadał się ptasim mleczkiem, królowa zadawala mu mnóstwo pytań. Początkowo starał się pamiętać, że nie wypada mówić z pełnymi ustami, ale wkrótce o tym zapomniał, pragnąc jedynie pochłonąć tyle ptasiego mleczka, ile tylko zdoła. Im więcej zjadał, tym bardziej miał na nie ochotę, tak że nie wpadło mu nawet do głowy zastanowić się, dlaczego królowa jest taka ciekawa. Bardzo łatwo wyciągnęła z niego, że ma brata i dwie siostry, że jedna z nich już tutaj była i spotkała fauna oraz że nikt prócz niego i jego rodzeństwa nie ma pojęcia o istnieniu Narnii. Królową interesowało szczególnie to, że jest ich czworo, i wciąż wracała do tego tematu.
— Czy jesteś pewien, że jest was czworo? Dwóch Synów Adama i dwie Córki Ewy, ani więcej, ani mniej?
Edmund, z ustami pełnymi ptasiego mleczka, odpowiadał wciąż:
— Tak, przecież już mówiłem — zapominając nawet o dodaniu „wasza królewska wysokość", ale królowa wydawała się nie zwracać na to uwagi.
W końcu całe ptasie mleczko zostało zjedzone i Edmund wpatrywał się uporczywie w puste pudełko, modląc się w duchu, by go zapytano, czy nie chciałby więcej. Królowa zapewne dobrze wiedziała, o czym Edmund marzy, ponieważ wiedziała też, że jest to zaczarowane ptasie mleczko i że każdy, kto go choć raz skosztuje, będzie chciał wciąż więcej i więcej, tak że mógłby zajeść się na śmierć, gdyby mu na to pozwolono. Ale nie zaproponowała następnego pudełka, tylko powiedziała:
— Synu Adama, tak bardzo chciałabym zobaczyć twoje czarujące rodzeństwo... Czy mógłbyś je do mnie przyprowadzić?
— Spróbuję — odpowiedział Edmund, wciąż spoglądając z żalem na puste pudełko.
— Bo widzisz, jeżeli przyjdziesz tu jeszcze raz, naturalnie razem z nimi, to będę ci mogła dać więcej ptasiego mleczka. Teraz już nie mogę, bo takie czary można zrobić tylko raz. Co innego w moim pałacu...
— A dlaczego nie możemy tam pojechać zaraz? — zapytał Edmund. Kiedy wsiadał do sań, trząsł się ze strachu, że ta wyniosła pani powiedzie go do jakiegoś nieznanego miejsca, z którego nie będzie mógł trafić do domu, ale teraz zapomniał o wszystkim.
— Ach, mój pałac to naprawdę cudowne miejsce — powiedziała królowa. — Jestem pewna, że będzie ci się podobało. Są tam pokoje pełne ptasiego mleczka, a musisz wiedzieć, że nie mam swoich własnych dzieci. Bardzo bym chciała mieć jakiegoś miłego chłopca, którego mogłabym uczynić księciem i który zostałby królem Narnii, kiedy mnie już nie będzie. Jako książę mógłbyś nosić złotą koronę i przez cały dzień zajadać się ptasim mleczkiem. A muszę wyznać, że jesteś najmądrzejszym i najprzystojniejszym młodzieńcem, jakiego dotąd spotkałam. Myślę, że naprawdę mógłbyś zostać księciem pewnego dnia, kiedy przyprowadzisz do mnie swoje rodzeństwo.
— Dlaczego nie teraz? — spytał Edmund. Miał wypieki na twarzy, ślina ciekła mu z ust, a ręce lepiły się od potu. Cokolwiek mogła mówić królowa, nie wyglądał teraz ani mądrze, ani pięknie.
— Och, gdybym cię tam zabrała teraz — powiedziała — nie zobaczyłabym twojego uroczego rodzeństwa. Bardzo pragnę je poznać. Ty będziesz księciem, a później królem, to zrozumiałe. Ale przecież musisz mieć swoich dworzan i baronów. Twego brata uczynię hrabią, a twoje siostry hrabinami.
— Oni nie są specjalnie interesujący — powie&not;dział Edmund. — Zresztą mogę ich przyprowadzić kiedy indziej.
— Och, kiedy już raz znajdziesz się w moim pałacu, mógłbyś o nich zapomnieć. Czeka cię tam tyle różnych przyjemności, że nie będzie ci się chciało po nich iść. Nie, musisz teraz wrócić do swojego kraju. Będę na ciebie czekała i NA NICH, oczywiście. Nie byłoby dobrze, gdybyś tu wrócił sam.
— Ale ja nawet nie wiem, czy trafię tu z powrotem — spróbował jeszcze raz Edmund.
— To nie będzie trudne — odpowiedziała kró&not;lowa. — Widzisz tę Latarnię? — Wskazała swoją różdżką, a Edmund odwrócił się i zobaczył Latarnię, pod którą Łucja spotkała fauna. — Za nią znajdziesz drogę do Świata Ludzi. A teraz popatrz tam — wskazała w przeciwnym kierunku — i powiedz mi, czy widzisz te dwa wzgórza nad drzewami?
— Chyba widzę — odpowiedział Edmund.
— A więc mój pałac leży właśnie między tymi dwoma wzgórzami. Kiedy tu wrócisz następnym razem, musisz tylko znaleźć Latarnię, poszukać tych dwu wzgórz i iść w ich kierunku przez las, a bardzo szybko trafisz do mojej siedziby. Ale pamiętaj: musisz przyprowadzić swoje rodzeństwo. Byłabym bardzo zła, gdybyś przyszedł sam.
— Będę się bardzo starał — odpowiedział Edmund.
— Aha, jeszcze jedna sprawa. Nie musisz im o mnie od razu mówić. To będzie taki nasz mały sekret, dobrze? Zróbmy im niespodziankę. Zaprowadź ich do tych dwu wzgórz, taki mądry chłopiec jak ty na pewno coś wymyśli, aby się zgodzili. A kiedy dojdziecie do mojego zamku, możesz po prostu powiedzieć: „Chodźcie, zobaczymy, kto tu mieszka", czy coś w tym rodzaju. Jestem pewna, że tak będzie najlepiej. Jeżeli twoja siostra spotkała jednego z faunów, mogła nasłuchać się o mnie różnych dziwnych rzeczy... złośliwych plotek, które opowiadają, aby się mnie lękano. Fauny nigdy nic mądrego nie mówią, a musisz wiedzieć, że...
— Błagam, och, błagam — przerwał jej nagle Edmund — czy nie mógłbym dostać na drogę choć jednego kawałka ptasiego mleczka?
— Nie, nie — odpowiedziała królowa ze śmiechem — musisz poczekać do następnego razu. — Dała znak karłowi, a kiedy sanie ruszyły, pomachała Edmundowi ręką wołając: — Następnym razem! Następnym razem! Nie zapomnij! Wróć szybko!
Edmund wciąż jeszcze wpatrywał się w drzewa, za którymi zniknęły sanie, gdy nagle usłyszał, jak ktoś wykrzykuje jego imię, a kiedy się rozejrzał, zobaczył Łucję wychodzącą z innej części lasu.
— Och, Edmundzie! — zawołała. — A więc ty też tu trafiłeś? Czy tu nie jest cudownie? A teraz...
— Dobra, dobra — powiedział Edmund. — Prze&not;cież widzę, że mówiłaś prawdę i że to rzeczywiście jest zaczarowana szafa. Jeżeli chcesz, to mogę cię przeprosić. Ale, na miłość boską, gdzie się podziewałaś przez cały ten czas? Wszędzie cię szukałem.
— Gdybym tylko wiedziała, że ty też tu trafisz, to bym na ciebie poczekała — powiedziała Łucja, która była tak szczęśliwa i podniecona, że nie zauważyła dziwnej nuty w jego głosie i wypieków na jego zmienionej twarzy. — Zjadłam mały obiadek z panem Tumnusem, tym faunem, który ma się zupełnie dobrze; Biała Czarownica nic mu nie zrobiła za to, że mnie puścił, więc sądzi, że w ogóle się o tym nie dowiedziała, i być może wszystko dobrze się skończy.
— Biała Czarownica? — zapytał Edmund. — Kto to taki?
— To okropna postać. Nazywa siebie królową Narnii, chociaż wcale nie ma do tego prawa, i wszystkie driady i najady, i karły, i zwierzęta, w każdym razie te, które są dobre, po prostu jej nienawidzą. Ona może zmieniać ludzi w kamień i w ogóle potrafi robić różne okropne rzeczy. I to właśnie ona zaczarowała Narnię, tak że zawsze jest tu zima, zawsze zima, a nigdy nie ma Bożego Narodzenia! Jeździ po kraju w saniach zaprzężonych w reny, ze swoją czarodziejską różdżką i w koronie na głowie.
Edmundowi było już niedobrze od zjedzenia zbyt wielu słodyczy, a kiedy usłyszał, że pani, z którą się zaprzyjaźnił, jest groźną czarownicą, poczuł się jeszcze gorzej. Wciąż jednak miał tak straszną ochotę na ptasie mleczko, że wszystko inne wydawało mu się zupełnie nieważne.
— Kto ci naopowiadał tych bzdur o Białej Czarownicy? — zapytał.
— Pan Tumnus, ten faun — odpowiedziała Łucja.
— Nie powinno się wierzyć we wszystko, co mówią fauny — powiedział Edmund, starając się sprawić wrażenie, jakby wiedział o faunach o wiele więcej.
— A tobie kto to powiedział?
— Każdy to wie — powiedział Edmund. — Z&not;pytaj kogo chcesz. Nie sądzę też, żeby było coś zabawnego w staniu na śniegu. Chodźmy do domu.
— Masz rację! Och, Edmundzie, tak się cieszę, że ty też tu trafiłeś. Piotr i Zuzanna będą teraz musieli uwierzyć w Narnię. Ach, jaka to będzie zabawa!
Edmund nic nie odpowiedział, ale w głębi serca pomyślał, że dla niego to nie będzie wcale tak zabawne. Będzie musiał przyznać przed wszystkimi, że Łucja miała rację, był też pewien, że pozostała trójka stanie po stronie faunów i zwierząt, sam zaś był już bardziej niż w połowie po stronie Czarownicy. Nie wiedział więc, co powie i jak utrzyma wszystko w tajemnicy, kiedy będą w czwórkę rozmawiać o Narnii.
Tym razem trafili z powrotem bez trudności. Nagle, zamiast ośnieżonych gałęzi, poczuli na twarzach dotyk miękkich futer, a w następnym momencie oboje stali przed szafą w garderobie.
— Ejże, Edmundzie — powiedziała Łucja — przecież ty okropnie wyglądasz. Dobrze się czujesz?
— Nic mi nie jest — odpowiedział Edmund, chociaż było to dalekie od prawdy. Czuł się fatalnie.
— A więc chodź, poszukamy innych. Tyle mamy im do opowiedzenia! I pomyśl tylko, jakie nas czekają wspaniałe przygody, kiedy już będziemy w Narnii we czwórkę!


Góra
Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: 2008-06-19, 12:52 
Zaglądacz
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2008-04-22, 10:50
Posty: 90
Lokalizacja: roznie
W sprawie starego sporu - i toudi i Neander ma racje, w zależności czym się kierowac :) . Kroniki z Narnii porządkuje się na kilka sposobów:

Kolejność tomów według ich wydania:
Lew, czarownica i stara szafa (The Lion, the Witch, and the Wardrobe, 1950)
Książę Kaspian (Prince Caspian, 1951)
Podróż "Wędrowca do Świtu" (The Voyage of The Dawn Treader, 1952)
Srebrne krzesło (The Silver Chair, 1953)
Koń i jego chłopiec (The Horse and His Boy, 1954)
Siostrzeniec czarodzieja (The Magician’s Nephew, 1955)
Ostatnia bitwa (The Last Battle, 1956)

Kolejność tomów według ich ukończenia
Lew, czarownica i stara szafa
Książę Kaspian
Podróż Wędrowca do Świtu
Koń i jego chłopiec
Srebrne krzesło
Siostrzeniec Czarodzieja
Ostatnia bitwa

Proponowana przez autora kolejność czytania tomów:
Siostrzeniec czarodzieja
Lew, czarownica i stara szafa
Koń i jego chłopiec
Książę Kaspian
Podróż Wędrowca do Świtu
Srebrne krzesło
Ostatnia bitwa


Góra
Zobacz profil  
 
 Tytuł: Rozdział 5: Z powrotem po tamtej stronie drzwi
PostNapisane: 2008-06-26, 13:04 
Czytelnik
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2008-06-26, 12:54
Posty: 133
Lokalizacja: Bełchatów
Rozdział 5
Z POWROTEM PO TEJ STRONIE DRZWI


Ponieważ zabawa w chowanego wciąż jeszcze trwała, odnalezienie reszty rodzeństwa zajęło Edmun¬dowi i Łucji wiele czasu. Ale kiedy już w końcu wszy¬scy byli razem (a zdarzyło się to w owym długim po¬koju, w którym znaleźli rycerską zbroję), Łucja wybuchnęła:
— Piotrze! Zuzanno! To wszystko jest prawda. Edmund też to widział. Naprawdę JEST taki kraj, do którego można się dostać przez szafę. Byliśmy tam razem, Edmund i ja, i spotkaliśmy się w lesie. No, Edmundzie, opowiedz im o wszystkim.
— Co to wszystko znaczy, Edziu? — zapytał Piotr.
I tu dochodzimy do jednego z najbardziej paskud¬nych momentów w całej tej historii. Aż do tej chwili Edmund czul się okropnie, był nadąsany i zły na Łu¬cję, ponieważ w końcu okazało się, że to ona miała rację, ale nie bardzo jeszcze wiedział, co z tym wszyst¬kim począć. Kiedy jednak Piotr zapytał go nagle o zdanie, zdecydował się bez wahania na najbardziej podły i złośliwy uczynek, jaki mu przyszedł do głowy. Postanowił Łucję całkowicie pognębić.
— No, powiedz nam, Edziu — odezwała się Zu¬zanna.
I Edmund przybrał pobłażliwą minę, jakby był o wiele starszy od Łucji (w rzeczywistości był między nimi tylko rok różnicy), zachichotał i powiedział:
— Ach tak, po prostu bawiłem się z Łucją udając, że uwierzyłem w całą tę historię. Naturalnie tylko dla zabawy. A naprawdę nic tam nie ma.
Biedna Łucja rzuciła mu tylko jedno spojrzenie i wybiegła z pokoju.
Edmundowi, który z każdą minutą stawał się coraz bardziej podły, wydawało się, że odniósł wielki sukces, i ciągnął dalej w tym samym stylu:
— Znowu coś ją naszło. Co się z nią dzieje? To jest właśnie najgorsze z tymi dzieciakami, zawsze...
— Hej, ty! — krzyknął Piotr i spojrzał na niego groźnie. — Zamknij się! Byłeś wyjątkowo okrutny dla Łucji od samego początku, gdy tylko zaczęła opo¬wiadać te bzdury o szafie, a teraz bawisz się jej ko¬sztem i jeszcze ją podpuszczasz. Jestem pewien, że robisz to wszystko tylko po to, aby jej dokuczyć.
— Ale przecież to są bzdury — powiedział Ed¬mund, całkowicie zaskoczony.
— Jasne, że bzdury — powiedział Piotr. — Właś¬nie o to chodzi. Kiedy odjeżdżaliśmy z domu, Łucja była zupełnie normalna, ale odkąd tu jesteśmy, spra¬wia wrażenie, jakby zaczynała dostawać bzika albo za¬mieniła się w odrażającą kłamczuchę. Ale czy sądzisz, że jej pomożesz, jeśli jednego dnia dokuczasz jej i wy¬śmiewasz się z tego, co opowiada, a następnego uda¬jesz, że w to wierzysz?
— Ja myślałem... myślałem... — wyjąkał Ed¬mund i urwał, bo nie wiedział, co powiedzieć.
— Wcale nie myślałeś — powiedział Piotr. — To wszystko ze złości. Zawsze lubiłeś być okrutny wo¬bec mniejszych od siebie. Widzieliśmy to już w szkole.
— Przestańcie, błagam was — wtrąciła się Zu¬zanna. — Nie poprawicie sytuacji, jeśli i wy dwaj będziecie się kłócić. Chodźmy i poszukajmy Łucji.
Chyba nie będzie dla was niespodzianką, że kiedy w końcu znaleźli Łucję, nikt nie miał wątpliwości, że płakała. Próbowali załagodzić sprawę różnymi sposo¬bami, ale na nic się to zdało. Uparcie obstawała przy swojej historii i powtarzała:
— Wcale mnie nie obchodzi, co sobie myślicie, i nie obchodzi mnie, co mówicie. Możecie powiedzieć Profesorowi albo napisać do mamy, albo zrobić, co się wam będzie podobało. Spotkałam fauna i... żałuję, że tam nie zostałam... a wy wszyscy jesteście potwory, potwory!
Ten wieczór nie należał do najprzyjemniejszych. Łucja była w okropnym nastroju, a Edmund zaczynał sobie zdawać sprawę z tego, że jego plan nie udaje się tak dobrze, jak myślał. Piotr i Zuzanna zaczynali zupełnie poważnie obawiać się, że Łucja ma źle w gło¬wie. I kiedy młodsze dzieci położyły się już do łóżek, długo jeszcze stali na korytarzu, szepcząc coś do siebie.
Rezultat tej nocnej narady był taki, że następnego dnia postanowili iść do Profesora i wszystko mu opo¬wiedzieć.
— Oczywiście trzeba się liczyć z tym, że napisze do ojca, jeśli uzna, że z Łucją rzeczywiście dzieje się coś niedobrego, ale na to już nic nie poradzimy — powiedział Piotr, kiedy szli do gabinetu Profesora. Za¬pukali do drzwi, a kiedy Profesor zawołał: „Proszę!", weszli do środka. Starszy pan znalazł dla nich jakieś krzesła i oświadczył, że jest całkowicie do ich dyspo¬zycji. Potem usiadł w fotelu, złożył dłonie tak, że sty¬kały się końcami palców, i słuchał z uwagą. Kiedy skoń¬czyli, milczał przez jakiś czas, potem odchrząknął i powiedział coś, czego żadne z nich się nie spodziewało:
— A skąd wiecie, że opowieść waszej siostry nie jest prawdą?
— No, bo przecież... — zaczęła Zuzanna i ur¬wała. Wyraz twarzy Profesora wcale nie wskazywał na to, że sobie z nich żartuje. — Przecież sam Ed¬mund powiedział, że tak się tylko bawili.
— To jest właśnie punkt — powiedział Profesor — który z pewnością zasługuje na naszą uwagę, na bardzo wnikliwą uwagę. Na przykład, jeśli mi wolno zapytać, czy wasze dotychczasowe doświadczenie po¬zwala wam stwierdzić, że jedno z nich — albo brat, albo siostra — bardziej zasługuje na zaufanie? Chodzi mi o to, które z nich jest według was bardziej pra¬wdomówne?
— To dość śmieszna sprawa, panie Profesorze — powiedział Piotr. — Aż dotąd zawsze bym odpowie¬dział, że Łucja.
— A co ty o tym sądzisz, moja droga? — za¬pytał Profesor Zuzannę.
— No więc, tak ogólnie, jestem tego samego zda¬nia co Piotr, ale przecież to nie może być prawda... to wszystko o tym lesie i o faunie.
— Tego jeszcze nie wiemy — powiedział Pro¬fesor — a zarzut kłamstwa wobec kogoś, kogo za¬wsze uważaliście za osobę prawdomówną, to bardzo poważna sprawa, naprawdę bardzo poważna sprawa.
— Obawiamy się, że to wcale nie musi być kłam¬stwo — powiedziała Zuzanna. — Może z Łucją dzie¬je się coś niedobrego?
— Macie na myśli obłęd? — zapytał Profesor spokojnie. — Och, o to możecie być spokojni. Wy¬starczy na nią popatrzeć, wystarczy z nią porozma¬wiać, żeby stwierdzić, że na pewno nie zwariowała.
— Ale wobec tego... — zaczęła Zuzanna i urwa¬ła. Nawet się jej nie śniło, że dorosły może mówić w ten sposób i zupełnie nie wiedziała, co o tym myśleć.
— Logika! — powiedział Profesor, jakby do sie¬bie. — Dlaczego nie uczą was logiki w tych szkołach? Są tylko trzy możliwości. Albo wasza siostra kłamie, albo zwariowała, albo mówi prawdę. Wiecie, że nie zwyk¬ła kłamać, i jest oczywiste, że nie zwariowała. A więc przynajmniej czasowo, zanim nie uzyskamy jakichś no¬wych danych, musimy założyć, że mówi prawdę.
Zuzanna popatrzyła na niego uważnie, ale wyraz jego twarzy nie wskazywał na to, że żartuje.
— Ale jak coś takiego może być prawdą? — spy¬tał Piotr.
— Dlaczego o to pytasz?
— Z jednego powodu — odpowiedział Piotr. — Jeżeli to prawda, to dlaczego każdy, kto wejdzie do szafy, nie znajduje tego kraju? Chodzi mi o to, że tam naprawdę nic nie było, kiedy zajrzeliśmy do środka; nawet Łucja nie twierdziła wówczas, że jest inaczej.
— A co to ma do rzeczy? — zapytał znowu Pro¬fesor.
— Ależ, panie Profesorze, jeżeli coś jest prawdzi¬we, to musi być prawdziwe zawsze!
— Musi? — raz jeszcze zapytał Profesor i Piotr nie wiedział, co na to powiedzieć.
— A poza tym brakuje czasu na to wszystko — dodała Zuzanna. — Nawet gdyby takie miejsce ist¬niało, to Łucja nie miałaby czasu, aby być wszędzie, gdzie opowiadała. Przecież wybiegła z tego pokoju zaraz za nami. Nie minęła nawet minuta, a ona upie¬rała się, że nie było jej całe godziny.
— To właśnie sprawia, że jej opowieść wygląda na prawdziwą — powiedział Profesor. — Jeżeli rze¬czywiście są w tym domu Drzwi, które prowadzą do jakiegoś Innego Świata (a powinienem was ostrzec, że to bardzo dziwny dom i nawet ja dobrze go nie znam) — jeśli więc, mówię, Łucja dostała się do In¬nego Świata, to wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że ten Inny Świat ma swój własny, odrębny czas; tak więc, niezależnie od tego, jak długo w nim się przebywa, NASZ czas nie ma z tym nic wspólnego. Z drugiej strony nie sądzę, by dziewczynka w jej wie¬ku mogła coś takiego sama wymyślić. Sądzę, że gdyby naprawdę chciała was nabrać, to by się gdzieś scho¬wała i siedziała tam tak długo, żeby to pasowało do jej opowieści.
— Ale czy pan naprawdę uważa — powiedział Piotr — że mogą być jakieś inne światy, w tym miej¬scu, tuż koło nas, tak jak ten?
— Nie ma nic bardziej prawdopodobnego — od¬powiedział Profesor, zdejmując okulary. Zabrał się do ich czyszczenia, mrucząc do siebie: — Jestem cie¬kaw, czego oni ich uczą w tych szkołach.
— Ale wobec tego, co mamy robić? — zapytała Zuzanna. Miała wrażenie, że cała ta rozmowa zaczyna tracić sens.
— Moja panno — powiedział Profesor i spojrzał na nich ostro. — Jest pewien pomysł, którego nikt jeszcze nie podsunął, a który wart jest wypróbowania.
— Co to takiego?
— Możemy wszyscy spróbować zająć się własny¬mi sprawami.
Był to koniec rozmowy.
W ciągu następnych dni atmosfera trochę się po¬lepszyła. Piotr zadbał o to, aby Edmund przestał do¬kuczać Łucji, a ani ona, ani nikt z reszty rodzeństwa nie miał najmniejszej ochoty wracać do sprawy starej szafy. Stała się po prostu tematem zakazanym. Tak więc przez jakiś czas mogło się wydawać, że ich nad¬zwyczajne przygody dobiegły końca. Wkrótce jednak miało się okazać, że jest inaczej.
Dom Profesora — o którym nawet on sam tak mało wiedział — był tak stary i tak słynny, że z całej Anglii przyjeżdżali tu różni ludzie, aby poprosić o zgo¬dę na jego zwiedzenie. Był to jeden z tych starych domów, które wymieniane są w przewodnikach, a na¬wet w książkach historycznych; nie było w tym nic dziwnego, biorąc pod uwagę to, co o nim opowiadano. Niektóre z tych historii były jeszcze bardziej niesa¬mowite niż ta, którą wam właśnie opowiadam. A kie¬dy przybywały grupy turystów i prosiły o pozwolenie zwiedzenia domu, Profesor zawsze się zgadzał, a pani Macready, jego gospodyni, oprowadzała ich po domu, opowiadając o obrazach, o zbroi, o rzadkich okazach książek w bibliotece. Pani Macready nie bardzo lubiła dzieci, a już szczególnie nie znosiła, by jej przeszka¬dzano, kiedy opowiadała zwiedzającym wszystko, co wiedziała o starym domu. Już pierwszego ranka po przyjeździe dzieci (po udzieleniu wielu innych instru¬kcji) zapowiedziała im: „I proszę bardzo, abyście pa¬miętali, że gdy oprowadzam jakąś grupę po domu, to was tam nie ma, zrozumiano?"
— Tak jakby ktoś z nas chciał marnować połowę przedpołudnia na szwendanie się po domu z tłumem obcych wapniaków! — powiedział później Piotr, a po¬została trójka była tego samego zdania. I właśnie z te¬go powodu ich przygody zaczęły się po raz drugi.
Kilka dni po rozmowie z Profesorem Piotr i Ed¬mund przyglądali się stojącej w pokoju z obrazami zbroi, zastanawiając się, jak by tu ją rozebrać na ka¬wałki, kiedy nagle wpadły siostry krzycząc:
— Uwaga! Nadchodzi Macready i cała banda ra¬zem z nią!
— Szybko! — zawołał Piotr i cała czwórka czmy¬chnęła przez drzwi w drugim końcu pokoju. Ale kiedy przelecieli przez zielony pokój i zatrzymali się w bibliotece, usłyszeli nagle głosy przed sobą i zdali sobie sprawę z tego, że pani Macready musiała poprowadzić grupę zwiedzających tylnymi schodami, a nie fronto¬wymi, jak tego oczekiwali. A potem — nie bardzo już wiadomo dlaczego: czy potracili głowy, czy też pani Macready uwzięła się, aby ich przyłapać, czy może zaczęły działać jakieś czary, aby zwabić ich do Narnii — dość, że biegali tam i z powrotem, wciąż słysząc zbli¬żające się glosy, aż w końcu Zuzanna krzyknęła:
— Och, niech dunder świśnie tych wycieczkowi¬czów! Tutaj! Schowajmy się w garderobie, dopóki nie przejdą. Nikt tam za nami nie wejdzie. — Ale gdy tylko wpadli do pustego pokoju z szafą, usłyszeli głosy na korytarzu, potem chrobotanie pr\y drzwiach, a wre¬szcie zobaczyli, że klamka zaczyna się poruszać.
— Szybko! — wyrzucił z siebie Piotr. — Tyl¬ko to nam pozostało! — I otworzył szafę. Wszyscy czworo dali nurka między futra i usiedli na podłodze, ciężko dysząc. Piotr przyciągnął za sobą drzwi, nie zamykając ich jednak całkowicie, bo oczywiście pa¬miętał o tym — o czym pamięta każdy rozsądny czło¬wiek — że nie powinno się nigdy zatrzaskiwać za so¬bą drzwi, gdy się wchodzi do szafy.


Góra
Zobacz profil  
 
 Tytuł: Rozdział 6: W puszczy
PostNapisane: 2008-06-26, 13:07 
Czytelnik
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2008-06-26, 12:54
Posty: 133
Lokalizacja: Bełchatów
Rozdział 6
W PUSZCZY


OJEJ,NIECH TA MACREADY SIĘ POSPIESZY i zabierze stąd tych wszystkich ludzi, bo się uduszę — wyszep¬tała Zuzanna.
— I co za zapach naftaliny — dodał Edmund.
— Na pewno wszystkie kieszenie tych płaszczy są jej pełne — powiedziała Zuzanna — To przed molami.
— Coś mnie uwiera w plecy — odezwał się Piotr.
— A czy to nie jest przypadkiem zimne? — za¬pytała Zuzanna.
— Rzeczywiście, jest zimne i... o, psiakostka, mo¬kre! Oj, to jest coraz bardziej mokre! — I zerwał się na równe nogi.
— Chodźcie, wyłazimy stąd — powiedział Edmund. — Już poszli.
— Ooooch! — krzyknęła nagle Zuzanna. Wszyscy zapytali co się stało.
— Siedzę przed jakimś drzewem! — odpowiedzia¬ła Zuzanna. — I, popatrzcie tylko, tam jest jakieś światło... o tam!
— O holender, masz rację! — zawołał Piotr. — I popatrzcie tu, i tu! Wszędzie są drzewa. A to mokre świństwo to śnieg. Ależ my przecież jesteśmy w lesie Łucji!
I nie mylił się. Cala czwórka stała teraz, mrugając oczami, w pełnym świetle jasnego, zimowego dnia. Za nimi były płaszcze na wieszakach — przed nimi pokryte śniegiem drzewa.
Piotr zwrócił się od razu do Łucji.
— Wybacz mi, że ci nie uwierzyłem. Naprawdę, bardzo mi głupio. Podamy sobie ręce?
— Oczywiście! — odpowiedziała Łucja.
— A co teraz zrobimy? — zapytała Zuzanna.
— Co zrobimy? — powiedział Piotr. — Ależ naturalnie pójdziemy i zbadamy ten las.
— Robi mi się zimno — stwierdziła Zuzanna, przytupując na śniegu. — Co byście powiedzieli na to, żeby włożyć po jednym z tych futer?
— Nie są nasze — powiedział z wahaniem w głosie Piotr.
— Jestem pewna, że nikomu to nie zaszkodzi, przecież nie chcemy ich wynieść z domu. Pomyśl, my ich właściwie nawet nie wyniesiemy z szafy.
— Wiesz, Zuziu, sam nigdy bym na to nie wpadł — powiedział Piotr. — To wcale nie jest takie głu¬pie. Nikt nie może powiedzieć, że się ukradło płaszcz, jeżeli on wciąż pozostaje w tej samej szafie, w której go znaleziono. A zakładam, że cały ten kraj należy do szafy.
Szybko zgodzili się na bardzo rozsądny pomysł Zuzanny. Futra były na nich za długie, sięgały aż do i stóp, tak że kiedy je powkładali na siebie, przypo¬minały bardziej królewskie szaty niż zwykłe płaszcze.
Od razu zrobiło im się cieplej, a każdy był przeko¬nany, że pozostali wyglądają w nowym stroju o wiele lepiej i bardziej pasują do otoczenia.
— Możemy udawać, że jesteśmy odkrywcami po¬larnymi — powiedziała Łucja.
— To wszystko jest tak niesamowite, że chyba nie ma potrzeby niczego udawać — zauważył Piotr, prowadząc ich przez las. Na niebie wisiały ciężkie chmury i zanosiło się na to, że śnieg będzie padać jeszcze przed nadejściem nocy.
— Słuchajcie — odezwał się nagle Edmund — czy nie powinniśmy kierować się bardziej na lewo, oczywiście jeśli chcemy dojść do Latarni? — Przez moment zapomniał, że miał przecież nie przyznawać się do tego, że był już kiedyś w tym lesie. Jak tylko wypowiedział te słowa, zrozumiał, że się zdradził. Wszy¬scy stanęli i patrzyli na niego w milczeniu. Piotr za¬gwizdał.
— A więc rzeczywiście tu byłeś, kiedy Łucja mó¬wiła, że cię tu spotkała. A ty upierałeś się, że ona kła¬mie.
Zapadła cisza.
— Ach, te małe jadowite potworki — mruknął pogardliwie Piotr i wzruszył ramionami. Prawdę mó¬wiąc, nie było już nic więcej do powiedzenia i cała czwórka ruszyła w dalszą drogę, ale Edmund powta¬rzał sobie w duchu: „Zapłacicie mi za to wszyscy. Ban¬da zarozumiałych, zadowolonych z siebie pyszałków!"
— Ale dokąd właściwie idziemy? — zapytała Zu¬zanna, przede wszystkim po to, aby zmienić temat.
— Myślę, że Łucja powinna prowadzić — odparł Piotr — choć Bóg jeden wie, czy do tego dorosła. Dokąd byś nas zaprowadziła, Łucjo?
— A co myślicie o odwiedzeniu pana Tumnusa? — zapytała Łucja. — To ten miły faun, o którym wam mówiłam.
Wszyscy się na to zgodzili i ruszyli teraz żwawiej w drogę, chrzęszcząc butami po śniegu. Łucja okazała się dobrym przewodnikiem. W pierwszej chwili nie była wcale pewna, czy znajdzie drogę, ale wkrótce roz¬poznała jakieś dziwnie wyglądające drzewo, a potem jakiś pniak, który poprzednio utkwił jej w pamięci. Dość szybko znaleźli się w górzystej okolicy, potem zeszli do małego wąwozu, aż w końcu trafili na wejście do pieczary pana Tumnusa. Ale tutaj oczekiwała ich przy¬kra niespodzianka.
Drzwi zostały wyłamane z zawiasów i porozbijane na kawałki. Wewnątrz pieczary było ciemno, wilgot¬no i zimno — czuło się przygnębiającą atmosferę nie zamieszkanego od wielu dni miejsca. Do środka nawiało sporo śniegu, który leżał na podłodze, zmieszany z czymś czarnym, co okazało się zawartością dawno wygasłego kominka. Ktoś najwyraźniej porozrzucał popiół i zwęglone szczapy po całym pokoju, a nastę¬pnie miażdżył je butami. Wszędzie walały się potłu¬czone naczynia, a portret taty fauna pocięto nożami.
— Kompletna klapa — powiedział Edmund. — W ogóle nie warto było tu przychodzić.
— A co to takiego? — Piotr zwrócił uwagę na kawałek papieru przygwożdżony do dywanu.
— Czy tam jest coś napisane? — zapytała Łucja.
— Tak mi się wydaje — odpowiedział Piotr — ale w tych ciemnościach nie mogę niczego odczytać. Wyjdźmy z tym na dwór.
Wyszli na światło dzienne i otoczyli Piotra, który odczytał następujące słowa:

Poprzedni właściciel tej nieruchomości, faun Tumnus, zo¬stał aresztowany i oczekuje sądu pod zarzutem Spisku Naj¬wyższego Stopnia przeciw władzy Jej Cesarskiej Wysokości Jadis, Królowej Narnii, Kasztelanki na Ker-Paravelu, Ce¬sarzowej Samotnych Wysp etc., a także pod zarzutem sprzy¬jania wrogom Jej Królewskiej Wysokości, udzielania schro¬nienia szpiegom i przyjaźnienia się z Ludźmi.
Podpisano: Maugnm,
Kapitan Tajnej Policji.
Niech żyje Królowa!

Dzieci popatrzyły po sobie.
— Wcale nie jestem pewna, czy mi się tu na¬prawdę podoba — powiedziała Zuzanna.
— Kim jest ta królowa, Łucjo? — zapytał Piotr.
— Czy coś o niej wiesz?
— Ona wcale nie jest prawdziwą królową. To straszna wiedźma, Biała Czarownica. Nienawidzą jej wszyscy, wszyscy mieszkańcy lasu. To ona zaczaro¬wała cały ten kraj, tak że zawsze jest zima, a przy tym nigdy nie ma Bożego Narodzenia.
— Ja... zastanawiam się, czy w ogóle jest sens iść dalej — powiedziała Zuzanna. — Chodzi mi o to, że tutaj jakoś nie jest specjalnie bezpiecznie, i myślę, że nie będziemy się dobrze bawić. A poza tym z każdą chwilą robi się coraz zimniej i nie zabraliśmy nic do jedzenia. Co wy na to, żeby wrócić do domu?
— Ale przecież nie możemy tego zrobić, napra¬wdę, nie możemy! — wykrzyknęła Łucja. — Czy to nie jest dla was jasne? Po tym wszystkim nie możemy sobie tak po prostu iść do domu. Przecież to przeze mnie ten biedny faun wpadł w takie tarapaty. Mó¬wiłam wam, że ukrył mnie przed Czarownicą i pokazał mi powrotną drogę. To właśnie oznacza „sprzyjanie wrogom Królowej i przyjaźnienie się z Ludźmi". Mu¬simy spróbować go uwolnić.
— Dużo możemy zrobić — wtrącił się Edmund
— kiedy nawet nie mamy nic do jedzenia.
— Cicho bądź! — powiedział Piotr, który wciąż był na niego zły. — A co ty o tym myślisz, Zuzanno?
— Mam okropne uczucie, że Łucja ma rację. Nie mam najmniejszej ochoty iść ani kroku dalej i żałuję, że w ogóle tu przyszłam. Ale sądzę, że musimy coś zrobić dla pana Jak-mu-tam-na-imię, to znaczy tego fauna.
— I ja tak myślę — powiedział Piotr. — Niepokoi mnie tylko brak jedzenia. Głosowałbym za po¬wrotem i zabraniem czegoś ze spiżarni, gdyby tylko była pewność, że uda nam się dostać do tego kraju po raz drugi. Ale takiej pewności nie mamy. Uważam, że musimy iść dalej.
— Ja też — powiedziały jednocześnie obie dziew¬czynki.
— Dobrze by było, żebyśmy chociaż wiedzieli, gdzie tego biedaka uwięziono — dodał Piotr.
Milczeli przez chwilę zastanawiając się, co robić, kiedy nagle Łucja zawołała:
— Spójrzcie! Tam jest drozd, z takim czerwonym brzuszkiem! To pierwszy ptak, jakiego tu widzę. Pa¬trzcie! A może ptaki w Narnii potrafią mówić? On wygląda tak, jakby chciał nam coś powiedzieć. — I zwróciła się wprost do drozda: — Przepraszam bar¬dzo, czy nie mógłbyś nam powiedzieć, dokąd zabrano fauna Tumnusa?
Kiedy to powiedziała, zrobiła kilka kroków w kie¬runku ptaka, a drozd natychmiast odfrunął na na¬stępne drzewo i zaćwierkał, wpatrując się w nich tak, jakby zrozumiał wszystko, co mówili. Prawie bez¬wiednie cała czwórka postąpiła krok lub dwa w jego stronę. Drozd znowu przeleciał na następne drzewo i znowu patrzył na nich, jakby chciał im coś powie¬dzieć. (Trudno byłoby spotkać drozda o bardziej czer¬wonym brzuszku i o bardziej bystrym spojrzeniu.)
— Wiecie co — powiedziała Łucja — jestem pew¬na, że on naprawdę chce nas gdzieś zaprowadzić.
— Ja też tak myślę — zgodziła się Zuzanna. — Co o tym sądzisz, Piotrze?
— No cóż, w każdym razie możemy spróbować — odpowiedział Piotr.
Drozd wydawał się wszystko doskonale rozumieć. Przelatywał z drzewa na drzewo, zawsze kilkanaście metrów przed nimi, ale na tyle blisko, aby nie stracili go z oczu. Kiedy odfruwał, z gałązek opadała lawina śniegu. W ten sposób prowadził ich po nieznacznie opadającym zboczu. Po jakimś czasie czarne chmury na niebie rozstąpiły się i wyjrzało blade, zimowe słoń¬ce, a śnieg wokół nich rozjarzył się kłującą w oczy bielą. Wędrowali tak około godziny. Dziewczynki szły na przedzie. W pewnej chwili Edmund odezwał się półgłosem do Piotra:
— Jeżeli nie jesteś zbyt dumny i wielki na to, aby ze mną rozmawiać, to miałbym ci coś do powie¬dzenia. Dobrze by było, żebyś to wiedział.
— Co masz na myśli?
— Ciiicho! Nie tak głośno. Po co straszyć dziew¬czyny? Czy zdajesz sobie sprawę z tego, co robimy?
— A co? — spytał Piotr, zniżając głos do szeptu.
— Idziemy za przewodnikiem, o którym nic nie wiemy. Skąd możemy wiedzieć, po czyjej stronie jest
i ten ptak? A może prowadzi nas w pułapkę?
— To wredny pomysł. To przecież drozd... We wszystkich opowieściach, jakie czytałem, drozdy są zawsze dobrymi ptakami. Jestem pewien, że drozd nie mógłby być po złej stronie.
— Jeżeli już o to chodzi, to która strona jest na¬prawdę dobra? Skąd możemy wiedzieć, że fauny są w porządku, a królowa, tak, tak, SŁYSZAŁEM, że to czarownica, jest zła? Przecież nic nie wiemy ani o niej, ani o faunach.
— Faun uratował Łucję.
— On tak tylko POWIEDZIAŁ. Skąd wiesz, że tak było naprawdę? A poza tym jest jeszcze jedna sprawa. Czy ktoś z was ma najmniejsze pojęcie o tym, jak wrócić do domu?
— O holender! Nie pomyślałem o tym.
— I w dodatku nie ma żadnych widoków na obiad — dodał Edmund.


Góra
Zobacz profil  
 
 Tytuł: Rozdział 7: Dzień u bobrów
PostNapisane: 2008-06-26, 13:09 
Czytelnik
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2008-06-26, 12:54
Posty: 133
Lokalizacja: Bełchatów
Rozdział 7
DZIEŃ U BOBRÓW


PODCZAS GDY DWAJ CHŁOPCY szeptali między sobą w tyle, dziewczynki krzyknęły nagle: „Och!" i rap¬townie się zatrzymały.
— Drozd! — zawołała Łucja. — Drozd gdzieś odleciał!
I miała rację. Nigdzie go nie było.
— I co teraz zrobimy? — zapytał Edmund, pa¬trząc na Piotra tak, jakby chciał powiedzieć: „A nie mówiłem?"
— Ciiicho! Spójrzcie! — powiedziała Zuzanna.
— Co? — spytał Piotr.
— Tam coś jest wśród drzew, o, tam, na lewo. Wszyscy wytrzeszczyli oczy, a nikt nie czuł się zbyt przyjemnie.
— O, znowu się rusza — powiedziała Zuzanna. — Wciąż tam jest. Schowało się za tym wielkim drzewem.
— Co to może być? — zapytała Łucja, starając się, aby jej głos nie brzmiał zbyt nerwowo.
— Nie wiem, co to jest, ale wiem, że wyraźnie się przed nami chowa — zauważył Piotr. — To coś takiego, co nie chce być zauważone.
— Wracajmy do domu — powiedziała Zuzanna. I wtedy, chociaż nikt nic nie powiedział, wszyscy zdali sobie sprawę z tego, o czym Edmund szeptał Piotrowi na końcu poprzedniego rozdziału. Zabłądzili.
— Jakie to jest? — spytała znowu Łucja.
— To jest chyba jakiś rodzaj zwierzęcia — po¬wiedziała Zuzanna.
— O, patrzcie! Patrzcie! Szybko! O, tam jest!
Teraz wszyscy zobaczyli porośniętą futrem twarz z długimi wąsami, która obserwowała ich zza drzewa. Ale tym razem dziwne stworzenie nie uciekło na ich widok. Przeciwnie, przyłożyło łapę do pyska, tak jak ludzie przykładają palec do ust, kiedy dają znać, żeby być cicho. Potem znowu znikło. Dzieci stały, wstrzy¬mując oddechy.
Chwilę później dziwny stwór wychynął zza drzewa, rozejrzał się dookoła, jakby w obawie, że ktoś może ich zobaczyć, i powiedział: „Ciiicho!", czyniąc wyraźne znaki, by poszli za nim, w gęstszy las. Potem zniknął ponownie.
— Wiem, co to jest — powiedział Piotr. — To bóbr. Widziałem jego ogon.
— On chce, żebyśmy za nim poszli — wtrąciła Zuzanna — i ostrzega nas, żebyśmy byli cicho.
— To jasne — powiedział Piotr. — Problem tyl¬ko, czy iść za nim, czy nie. Co o tym myślisz, Łucjo?
— Wygląda na bardzo miłego bobra.
— Tak, tylko skąd o tym WIESZ? — zapytał Ed¬mund.
— Czy nie możemy zaryzykować? — odezwała się Zuzanna. — Nie sądzę, aby stanie w tym śniegu da¬ło nam coś więcej, a poza tym czuję, że na pewno zjadłabym obiad.
W tej chwili bóbr znowu wytknął głowę zza drze¬wa i wyraźnie pokiwał na nich pazurem.
— Chodźmy — powiedział Piotr — sprawdzi¬my to. Trzymajmy się blisko siebie. Powinniśmy być godnymi przeciwnikami dla jednego bobra, jeśli okaże się wrogiem.
Tak więc dzieci zbiły się w ciasną gromadkę i po¬szły w kierunku drzewa, a za nim, jak można się było spodziewać, znalazły bobra. Na ich widok znowu za¬czął się cofać, a widząc, że się wahają, odezwał się chrapliwym, gardłowym głosem:
— Trochę dalej. Chodźcie trochę dalej. O, tam, gdzie pokazuję. Na otwartej przestrzeni nie jesteśmy bezpieczni.
Wreszcie zaprowadził ich do ciemnego miejsca, gdzie cztery drzewa rosły tak blisko siebie, że ich ga¬łęzie połączyły się, tworząc szczelny dach. Pod no¬gami widać było zamiast śniegu brunatną ziemię i jodłowe igły. Dopiero tutaj zatrzymał się i zaczął mówić.
— To wy jesteście Synami Adama i Córkami Ewy?
— Zgadza się, jesteśmy przedstawicielami tego gatunku — odpowiedział Piotr.
— Nie tak głośno, proszę. Nie jesteśmy tu bez¬pieczni.
— Dlaczego? Kogo się obawiasz? — zapytał Piotr. — Oprócz nas nie ma tu nikogo.
— Są tu drzewa — powiedział bóbr. — One zawsze nasłuchują. Większość z nich jest po naszej stronie, ale są i takie, które mogłyby donieść JEJ, wie¬cie, o kim mówię.
— Jeżeli już mówimy o stronach — powiedział Edmund — to skąd możemy mieć pewność, że jesteś naszym przyjacielem?
— Nie chcemy, oczywiście, pana obrazić — wtrącił szybko Piotr — ale sam pan rozumie, jesteśmy tu obcy.
— W porządku, w porządku — powiedział bóbr. — Oto mój znak rozpoznawczy. — Po tych słowach podał im jakiś mały przedmiot. Wszyscy popatrzyli ze zdziwieniem, a Łucja oznajmiła:
— Ależ oczywiście! To moja chusteczka, którą dałam biednemu panu Tumnusowi.
— Zgadza się — rzekł bóbr. — Biedaczysko, wyczuł, że przyjdą go aresztować, i zdążył mi ją prze¬kazać. Powiedział mi, że gdyby mu się coś stało, mu¬szę was odnaleźć i zabrać do... — tu głos mu zamarł, a on sam wykonał kilka tajemniczych gestów. Potem dał znać dzieciom, aby przysunęły się do niego jeszcze bliżej, tak że jego długie wąsy łaskotały je w policzki, i dodał stłumionym szeptem:
— Mówią, że Aslan jest w drodze... a może już wylądował.
I wówczas zdarzyło się coś bardzo dziwnego. Żadne z dzieci nie wiedziało o Aslanie więcej niż wy, ale gdy tylko bóbr wypowiedział te słowa, każde z nich po¬czuło się zupełnie inaczej. Być może zdarzyło się wam kiedyś we śnie, że ktoś powiedział coś, czego nie ro¬zumieliście, ale co zdawało się mieć jakieś niezwykłe znaczenie: albo przerażające — i wtedy cały sen za¬mieniał się w koszmar, albo tak cudowne, że trudno wyrazić je słowami — i wtedy sen stawał się czymś tak wspaniałym, że zapamiętaliście go na całe życie i zawsze odtąd pragniecie, aby przyśnił się wam raz jeszcze. Coś podobnego poczuły dzieci po wypowie¬dzeniu przez bobra tego dziwnego zdania. Na dźwięk imienia „Aslan" każdemu z dzieci coś drgnęło w sercu. Edmund odczuł falę tajemniczego lęku. Piotr stał się nagle wyjątkowo dzielny i żądny przygód. Zuzanna poczuła się tak, jakby ją ogarnął jakiś cudowny zapach albo jakaś zachwycająca, słodka melodia. A uczucie, które przeniknęło Łucję, przypominało nastrój, w ja¬kim ktoś budzi się rano i zdaje sobie sprawę, że jest pierwszy dzień wakacji albo początek lata.
— A co z panem Tumnusem? — przerwała ci¬szę Łucja. — Gdzie on może teraz być?
— Sza! — syknął bóbr. — Nie tutaj. Muszę was zaprowadzić tam, gdzie będziemy mogli spokojnie po¬rozmawiać, no i zjeść obiad.
Nikt — prócz Edmunda — nie miał już żad¬nych wątpliwości, że można bobrowi zaufać, i wszyscy — tym razem również i Edmund — ucieszyli się na dźwięk słowa „obiad". Pospieszyli więc za swoim no¬wym przyjacielem, który podążał naprzód nadspo¬dziewanie szybko i prowadził ich przez najbardziej za¬rośnięte miejsca. Trwało to około godziny. Każdy był już porządnie zmęczony i głodny, kiedy wreszcie drze¬wa przed nimi stały się rzadsze, a teren zaczął się sto¬pniowo obniżać. Chwilę później wyszli na otwartą przestrzeń. Słońce wciąż świeciło, a przed nimi roz¬taczał się wspaniały widok.
Stali na zboczu spadzistej, wąskiej doliny, na której dnie płynęła — a w każdym razie płynęłaby, gdyby nie była skuta lodem — dość szeroka rzeka. Tuż pod nimi na rzece zbudowano tamę i kiedy ją zobaczyli, przypomnieli sobie od razu, że przecież bobry zawsze budują tamy. Nie mieli wątpliwości, że patrzą na tamę, którą zbudował właśnie pan Bóbr. Zauważyli zre¬sztą, że na jego twarzy pojawił się wyraz dumy — coś takiego, co łatwo można dostrzec na twarzy osoby, która pokazuje nam swój ogród albo czyta nam na¬pisane przez siebie opowiadanie. Zuzanna potrafiła się znaleźć i powiedziała:
— Cóż za wspaniała tama!
A pan Bóbr nie syknął tym razem „Sza!", ale rzucił lekceważąco:
— Ależ to przecież nic nadzwyczajnego! Nic nad¬zwyczajnego! Jeszcze nie skończona...
Powyżej tamy znajdowało się coś, co zapewne było kiedyś głębokim stawem, ale teraz jedynie płaską po¬wierzchnią ciemnozielonego lodu. Poniżej też był lód, ale nie płaski i równy jak stół, lecz pofałdowany i pożłobiony, jakby nagle chwycił ostry mróz i utrwalił kształty spienionych fal w ich naturalnym biegu w dół rzeki. A tam, gdzie niegdyś woda spływała w kaska¬dach z tamy, lśniła teraz ściana lodowych sopli, jakby tę stronę budowli pokrywały kwiaty, wieńce i girlandy z najczystszego cukru. Pośrodku tamy, częściowo w nią wbudowany, wyrastał śmieszny domek przypomina¬jący wielki ul. Z dziury w jego szczycie ulatywał we¬soły dymek i już sam ten widok (zwłaszcza gdy się było głodnym) przywodził na myśl gotowanie, pie¬czenie i smażenie, co sprawiało, że czuło się jeszcze większy głód niż przedtem.
Trudno się dziwić, że dzieci wpatrywały się w do¬mek na tamie jak urzeczone, ale Edmund dostrzegł coś jeszcze, na co pozostałe nie zwróciły w ogóle uwa¬gi. Nieco niżej widać było ujście drugiej, mniejszej rzeczki, biegnącej przez niezbyt stromą dolinę. Pa¬trząc w górę tej dolinki, zobaczył dwa małe wznie¬sienia. Nie ulegało wątpliwości, że są to owe dwa wzgórza, które pokazała mu Biała Czarownica, gdy tamtego dnia rozstawali się w pobliżu Latarni. „A więc gdzieś pomiędzy nimi — pomyślał Edmund — musi być jej pałac, zaledwie milę stąd, a może jeszcze bli¬żej". Pomyślał o ptasim mleczku i o tym, że może zostać królem („Ciekaw jestem, czy Piotrowi będzie się to podobało"), i okropny pomysł wpadł mu do głowy.
— A więc jesteśmy na miejscu — oznajmił pan Bóbr — i wygląda na to, że pani Bobrowa nas ocze¬kuje. Pokażę wam drogę. Uważajcie tylko, żeby się nie pośliznąć.
Tama okazała się wystarczająco szeroka, aby po niej iść, chociaż (dla ludzi) nie było to zbyt przyjemne ze względu na lód, który ją pokrywał. Z jednej strony zamarznięte rozlewisko górnej rzeki równało się po¬ziomem ze szczytem tamy, a z drugiej strony ziała niebezpieczna przepaść, na której dnie bieliły się lo¬dowe fale dolnej rzeki. Pan Bóbr poprowadził ich gę¬siego po szczycie tamy, aż na sam środek, skąd hen, do horyzontu, widać było rzekę z jednej i drugiej stro¬ny. Tutaj znajdowały się drzwi do jego domku.
— A więc jesteśmy, żono — powiedział pan Bóbr. — Znalazłem ich. Oto są Synowie i Córki Adama i Ewy.
Pierwszą rzeczą, która zwróciła uwagę Łucji, kiedy weszli do środka, był dziwnie znajomy turkot. Potem zobaczyła puszystą postać siedzącą w kącie przy maszynie do szycia. Była to pani Bobrowa. Na ich widok zatrzymała maszynę, wstała, wyjęła długą nitkę, która zwisała jej z pyska, i spojrzała na nich przyjaźnie.
— Wreszcie przybywacie! — powiedziała, wy¬ciągając do nich swoje pomarszczone, stare łapy. — Nareszcie! Pomyśleć tylko, że dożyłam tego dnia! Kar¬tofle już się gotują, czajnik podśpiewuje i mam na¬dzieję, panie Bobrze, że przyniesiesz nam jakąś rybkę.
— Przyniosę, a jakże — odpowiedział pan Bóbr i chwyciwszy cebrzyk, wyszedł z domu (a Piotr z nim). Na środku zamarzniętego rozlewiska czerniał wyrą¬bany w lodzie siekierą niewielki przerębel. Pan Bóbr usiadł na jego brzegu (nie przejmując się wcale tem¬peraturą), popatrzył uważnie w dziurę, potem nagle zanurzył błyskawicznie łapę w wodzie i zanim zdą¬żylibyście powiedzieć „Kuba Wróbel", wyciągnął pięk¬nego pstrąga. Potem powtórzył tę sztukę tyle razy, ile było potrzeba, by cebrzyk napełnił się rybami.
W tym samym czasie dziewczynki pomagały pani Bobrowej napełnić kociołek wodą, nakryć do stołu, pokroić chleb, włożyć talerze do piekarnika, aby się ogrzały, z beczułki stojącej w kącie nalać dla pana Bobra piwa do sporego kufla, postawić na ogniu pa¬telnię i rozgrzać tłuszcz. Łucja pomyślała sobie, że dom

państwa Bobrów jest bardzo przytulny, choć w ni¬czym nie przypominał pieczary pana Tumnusa. Nie było w nim książek ani obrazów, a zamiast łóżek wbu¬dowano w ściany prycze, jak na okręcie. Z sufitu zwieszały się szynki i wieńce cebuli, a na ścianach wi¬siały gumowe buty, płaszcze nieprzemakalne, siekiery, nożyce, szpadle, rydle, rozmaite narzędzia murarskie, wędki, sieci rybackie i więcierze. A obrus na stole, choć bardzo czysty, był szorstki w dotyku.
Właśnie kiedy tłuszcz na patelni zaczynał już skwier¬czeć, Piotr i pan Bóbr powrócili z rybami, które go¬spodarz uprzednio wypatroszył i oczyścił nożem na świeżym powietrzu. Możecie sobie wyobrazić, jak cu¬downie pachniała smażąca się świeżo złowiona ryba i jak bardzo dzieciom ciekła ślinka, i jak głód ich wzra¬stał i wzrastał z każdą chwilą, aż wreszcie pani Bo¬browa oznajmiła: „No, to jesteśmy już prawie goto¬we". Zuzanna odcedziła kartofle i postawiła je jeszcze na kuchni, aby odparowały, a Łucja pomogła pani Bo¬browej wyłożyć pstrągi na półmisek. Wreszcie każdy mógł sobie przysunąć jeden ze stołków (w domu Bo¬brów wszystkie stołki miały trzy nogi; wyjątkiem był specjalny fotel na biegunach, w którym pani Bobrowa siadywała przy piecu) i przygotować się na bliskie już rozkosze podniebienia. Na stole stał dzban kremowe¬go mleka dla dzieci (pan Bóbr wolał zostać przy piwie) i wielka bryła złocistego masła, z której każdy mógł sobie brać do kartofli tyle, na ile miał ochotę. Każde z dzieci pomyślało sobie — a ja zgadzam się z nimi — że nie ma nic lepszego nad dobrą rybę ze słodkiej wody, jeżeli je się ją w pół godziny po złowieniu i w pół minuty po zdjęciu z patelni. A kiedy skoń¬czyli jeść rybę, pani Bobrowa wyciągnęła niespodzie¬wanie z piekarnika wielką, jeszcze gorącą i polukrowaną na wierzchu struclę z marmoladą i postawiła imbryk na ogniu, tak że kiedy skończyli struclę, her¬bata była już gotowa. I kiedy każdy dostał filiżankę herbaty, każdy podsunął swój stołek do ściany, aby się o nią wygodnie oprzeć, i każdy wydał z siebie dłu¬gie westchnienie pełnego szczęścia.
— A teraz — powiedział pan Bóbr, odstawiając pusty już kufel i przysuwając sobie filiżankę herbaty — jeżeli będziecie tak mili i poczekacie, aż napełnię sobie fajkę, możemy zająć się naszymi sprawami. Wi¬dzę, że śnieg znowu pada — dodał, spoglądając w ok¬no. — To najlepsze, co mogło się zdarzyć, bo to zna¬czy, że nie będziemy mieli nieproszonych gości, a jeśli ktoś próbował was tropić, nie znajdzie żadnych śladów.


Góra
Zobacz profil  
 
 Tytuł: Rozdział 7: Dzień u bobrów
PostNapisane: 2008-06-26, 13:10 
Czytelnik
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2008-06-26, 12:54
Posty: 133
Lokalizacja: Bełchatów
Rozdział 7
DZIEŃ U BOBRÓW


PODCZAS GDY DWAJ CHŁOPCY szeptali między sobą w tyle, dziewczynki krzyknęły nagle: „Och!" i rap¬townie się zatrzymały.
— Drozd! — zawołała Łucja. — Drozd gdzieś odleciał!
I miała rację. Nigdzie go nie było.
— I co teraz zrobimy? — zapytał Edmund, pa¬trząc na Piotra tak, jakby chciał powiedzieć: „A nie mówiłem?"
— Ciiicho! Spójrzcie! — powiedziała Zuzanna.
— Co? — spytał Piotr.
— Tam coś jest wśród drzew, o, tam, na lewo. Wszyscy wytrzeszczyli oczy, a nikt nie czuł się zbyt przyjemnie.
— O, znowu się rusza — powiedziała Zuzanna. — Wciąż tam jest. Schowało się za tym wielkim drzewem.
— Co to może być? — zapytała Łucja, starając się, aby jej głos nie brzmiał zbyt nerwowo.
— Nie wiem, co to jest, ale wiem, że wyraźnie się przed nami chowa — zauważył Piotr. — To coś takiego, co nie chce być zauważone.
— Wracajmy do domu — powiedziała Zuzanna. I wtedy, chociaż nikt nic nie powiedział, wszyscy zdali sobie sprawę z tego, o czym Edmund szeptał Piotrowi na końcu poprzedniego rozdziału. Zabłądzili.
— Jakie to jest? — spytała znowu Łucja.
— To jest chyba jakiś rodzaj zwierzęcia — po¬wiedziała Zuzanna.
— O, patrzcie! Patrzcie! Szybko! O, tam jest!
Teraz wszyscy zobaczyli porośniętą futrem twarz z długimi wąsami, która obserwowała ich zza drzewa. Ale tym razem dziwne stworzenie nie uciekło na ich widok. Przeciwnie, przyłożyło łapę do pyska, tak jak ludzie przykładają palec do ust, kiedy dają znać, żeby być cicho. Potem znowu znikło. Dzieci stały, wstrzy¬mując oddechy.
Chwilę później dziwny stwór wychynął zza drzewa, rozejrzał się dookoła, jakby w obawie, że ktoś może ich zobaczyć, i powiedział: „Ciiicho!", czyniąc wyraźne znaki, by poszli za nim, w gęstszy las. Potem zniknął ponownie.
— Wiem, co to jest — powiedział Piotr. — To bóbr. Widziałem jego ogon.
— On chce, żebyśmy za nim poszli — wtrąciła Zuzanna — i ostrzega nas, żebyśmy byli cicho.
— To jasne — powiedział Piotr. — Problem tyl¬ko, czy iść za nim, czy nie. Co o tym myślisz, Łucjo?
— Wygląda na bardzo miłego bobra.
— Tak, tylko skąd o tym WIESZ? — zapytał Ed¬mund.
— Czy nie możemy zaryzykować? — odezwała się Zuzanna. — Nie sądzę, aby stanie w tym śniegu da¬ło nam coś więcej, a poza tym czuję, że na pewno zjadłabym obiad.
W tej chwili bóbr znowu wytknął głowę zza drze¬wa i wyraźnie pokiwał na nich pazurem.
— Chodźmy — powiedział Piotr — sprawdzi¬my to. Trzymajmy się blisko siebie. Powinniśmy być godnymi przeciwnikami dla jednego bobra, jeśli okaże się wrogiem.
Tak więc dzieci zbiły się w ciasną gromadkę i po¬szły w kierunku drzewa, a za nim, jak można się było spodziewać, znalazły bobra. Na ich widok znowu za¬czął się cofać, a widząc, że się wahają, odezwał się chrapliwym, gardłowym głosem:
— Trochę dalej. Chodźcie trochę dalej. O, tam, gdzie pokazuję. Na otwartej przestrzeni nie jesteśmy bezpieczni.
Wreszcie zaprowadził ich do ciemnego miejsca, gdzie cztery drzewa rosły tak blisko siebie, że ich ga¬łęzie połączyły się, tworząc szczelny dach. Pod no¬gami widać było zamiast śniegu brunatną ziemię i jodłowe igły. Dopiero tutaj zatrzymał się i zaczął mówić.
— To wy jesteście Synami Adama i Córkami Ewy?
— Zgadza się, jesteśmy przedstawicielami tego gatunku — odpowiedział Piotr.
— Nie tak głośno, proszę. Nie jesteśmy tu bez¬pieczni.
— Dlaczego? Kogo się obawiasz? — zapytał Piotr. — Oprócz nas nie ma tu nikogo.
— Są tu drzewa — powiedział bóbr. — One zawsze nasłuchują. Większość z nich jest po naszej stronie, ale są i takie, które mogłyby donieść JEJ, wie¬cie, o kim mówię.
— Jeżeli już mówimy o stronach — powiedział Edmund — to skąd możemy mieć pewność, że jesteś naszym przyjacielem?
— Nie chcemy, oczywiście, pana obrazić — wtrącił szybko Piotr — ale sam pan rozumie, jesteśmy tu obcy.
— W porządku, w porządku — powiedział bóbr. — Oto mój znak rozpoznawczy. — Po tych słowach podał im jakiś mały przedmiot. Wszyscy popatrzyli ze zdziwieniem, a Łucja oznajmiła:
— Ależ oczywiście! To moja chusteczka, którą dałam biednemu panu Tumnusowi.
— Zgadza się — rzekł bóbr. — Biedaczysko, wyczuł, że przyjdą go aresztować, i zdążył mi ją prze¬kazać. Powiedział mi, że gdyby mu się coś stało, mu¬szę was odnaleźć i zabrać do... — tu głos mu zamarł, a on sam wykonał kilka tajemniczych gestów. Potem dał znać dzieciom, aby przysunęły się do niego jeszcze bliżej, tak że jego długie wąsy łaskotały je w policzki, i dodał stłumionym szeptem:
— Mówią, że Aslan jest w drodze... a może już wylądował.
I wówczas zdarzyło się coś bardzo dziwnego. Żadne z dzieci nie wiedziało o Aslanie więcej niż wy, ale gdy tylko bóbr wypowiedział te słowa, każde z nich po¬czuło się zupełnie inaczej. Być może zdarzyło się wam kiedyś we śnie, że ktoś powiedział coś, czego nie ro¬zumieliście, ale co zdawało się mieć jakieś niezwykłe znaczenie: albo przerażające — i wtedy cały sen za¬mieniał się w koszmar, albo tak cudowne, że trudno wyrazić je słowami — i wtedy sen stawał się czymś tak wspaniałym, że zapamiętaliście go na całe życie i zawsze odtąd pragniecie, aby przyśnił się wam raz jeszcze. Coś podobnego poczuły dzieci po wypowie¬dzeniu przez bobra tego dziwnego zdania. Na dźwięk imienia „Aslan" każdemu z dzieci coś drgnęło w sercu. Edmund odczuł falę tajemniczego lęku. Piotr stał się nagle wyjątkowo dzielny i żądny przygód. Zuzanna poczuła się tak, jakby ją ogarnął jakiś cudowny zapach albo jakaś zachwycająca, słodka melodia. A uczucie, które przeniknęło Łucję, przypominało nastrój, w ja¬kim ktoś budzi się rano i zdaje sobie sprawę, że jest pierwszy dzień wakacji albo początek lata.
— A co z panem Tumnusem? — przerwała ci¬szę Łucja. — Gdzie on może teraz być?
— Sza! — syknął bóbr. — Nie tutaj. Muszę was zaprowadzić tam, gdzie będziemy mogli spokojnie po¬rozmawiać, no i zjeść obiad.
Nikt — prócz Edmunda — nie miał już żad¬nych wątpliwości, że można bobrowi zaufać, i wszyscy — tym razem również i Edmund — ucieszyli się na dźwięk słowa „obiad". Pospieszyli więc za swoim no¬wym przyjacielem, który podążał naprzód nadspo¬dziewanie szybko i prowadził ich przez najbardziej za¬rośnięte miejsca. Trwało to około godziny. Każdy był już porządnie zmęczony i głodny, kiedy wreszcie drze¬wa przed nimi stały się rzadsze, a teren zaczął się sto¬pniowo obniżać. Chwilę później wyszli na otwartą przestrzeń. Słońce wciąż świeciło, a przed nimi roz¬taczał się wspaniały widok.
Stali na zboczu spadzistej, wąskiej doliny, na której dnie płynęła — a w każdym razie płynęłaby, gdyby nie była skuta lodem — dość szeroka rzeka. Tuż pod nimi na rzece zbudowano tamę i kiedy ją zobaczyli, przypomnieli sobie od razu, że przecież bobry zawsze budują tamy. Nie mieli wątpliwości, że patrzą na tamę, którą zbudował właśnie pan Bóbr. Zauważyli zre¬sztą, że na jego twarzy pojawił się wyraz dumy — coś takiego, co łatwo można dostrzec na twarzy osoby, która pokazuje nam swój ogród albo czyta nam na¬pisane przez siebie opowiadanie. Zuzanna potrafiła się znaleźć i powiedziała:
— Cóż za wspaniała tama!
A pan Bóbr nie syknął tym razem „Sza!", ale rzucił lekceważąco:
— Ależ to przecież nic nadzwyczajnego! Nic nad¬zwyczajnego! Jeszcze nie skończona...
Powyżej tamy znajdowało się coś, co zapewne było kiedyś głębokim stawem, ale teraz jedynie płaską po¬wierzchnią ciemnozielonego lodu. Poniżej też był lód, ale nie płaski i równy jak stół, lecz pofałdowany i pożłobiony, jakby nagle chwycił ostry mróz i utrwalił kształty spienionych fal w ich naturalnym biegu w dół rzeki. A tam, gdzie niegdyś woda spływała w kaska¬dach z tamy, lśniła teraz ściana lodowych sopli, jakby tę stronę budowli pokrywały kwiaty, wieńce i girlandy z najczystszego cukru. Pośrodku tamy, częściowo w nią wbudowany, wyrastał śmieszny domek przypomina¬jący wielki ul. Z dziury w jego szczycie ulatywał we¬soły dymek i już sam ten widok (zwłaszcza gdy się było głodnym) przywodził na myśl gotowanie, pie¬czenie i smażenie, co sprawiało, że czuło się jeszcze większy głód niż przedtem.
Trudno się dziwić, że dzieci wpatrywały się w do¬mek na tamie jak urzeczone, ale Edmund dostrzegł coś jeszcze, na co pozostałe nie zwróciły w ogóle uwa¬gi. Nieco niżej widać było ujście drugiej, mniejszej rzeczki, biegnącej przez niezbyt stromą dolinę. Pa¬trząc w górę tej dolinki, zobaczył dwa małe wznie¬sienia. Nie ulegało wątpliwości, że są to owe dwa wzgórza, które pokazała mu Biała Czarownica, gdy tamtego dnia rozstawali się w pobliżu Latarni. „A więc gdzieś pomiędzy nimi — pomyślał Edmund — musi być jej pałac, zaledwie milę stąd, a może jeszcze bli¬żej". Pomyślał o ptasim mleczku i o tym, że może zostać królem („Ciekaw jestem, czy Piotrowi będzie się to podobało"), i okropny pomysł wpadł mu do głowy.
— A więc jesteśmy na miejscu — oznajmił pan Bóbr — i wygląda na to, że pani Bobrowa nas ocze¬kuje. Pokażę wam drogę. Uważajcie tylko, żeby się nie pośliznąć.
Tama okazała się wystarczająco szeroka, aby po niej iść, chociaż (dla ludzi) nie było to zbyt przyjemne ze względu na lód, który ją pokrywał. Z jednej strony zamarznięte rozlewisko górnej rzeki równało się po¬ziomem ze szczytem tamy, a z drugiej strony ziała niebezpieczna przepaść, na której dnie bieliły się lo¬dowe fale dolnej rzeki. Pan Bóbr poprowadził ich gę¬siego po szczycie tamy, aż na sam środek, skąd hen, do horyzontu, widać było rzekę z jednej i drugiej stro¬ny. Tutaj znajdowały się drzwi do jego domku.
— A więc jesteśmy, żono — powiedział pan Bóbr. — Znalazłem ich. Oto są Synowie i Córki Adama i Ewy.
Pierwszą rzeczą, która zwróciła uwagę Łucji, kiedy weszli do środka, był dziwnie znajomy turkot. Potem zobaczyła puszystą postać siedzącą w kącie przy maszynie do szycia. Była to pani Bobrowa. Na ich widok zatrzymała maszynę, wstała, wyjęła długą nitkę, która zwisała jej z pyska, i spojrzała na nich przyjaźnie.
— Wreszcie przybywacie! — powiedziała, wy¬ciągając do nich swoje pomarszczone, stare łapy. — Nareszcie! Pomyśleć tylko, że dożyłam tego dnia! Kar¬tofle już się gotują, czajnik podśpiewuje i mam na¬dzieję, panie Bobrze, że przyniesiesz nam jakąś rybkę.
— Przyniosę, a jakże — odpowiedział pan Bóbr i chwyciwszy cebrzyk, wyszedł z domu (a Piotr z nim). Na środku zamarzniętego rozlewiska czerniał wyrą¬bany w lodzie siekierą niewielki przerębel. Pan Bóbr usiadł na jego brzegu (nie przejmując się wcale tem¬peraturą), popatrzył uważnie w dziurę, potem nagle zanurzył błyskawicznie łapę w wodzie i zanim zdą¬żylibyście powiedzieć „Kuba Wróbel", wyciągnął pięk¬nego pstrąga. Potem powtórzył tę sztukę tyle razy, ile było potrzeba, by cebrzyk napełnił się rybami.
W tym samym czasie dziewczynki pomagały pani Bobrowej napełnić kociołek wodą, nakryć do stołu, pokroić chleb, włożyć talerze do piekarnika, aby się ogrzały, z beczułki stojącej w kącie nalać dla pana Bobra piwa do sporego kufla, postawić na ogniu pa¬telnię i rozgrzać tłuszcz. Łucja pomyślała sobie, że dom

państwa Bobrów jest bardzo przytulny, choć w ni¬czym nie przypominał pieczary pana Tumnusa. Nie było w nim książek ani obrazów, a zamiast łóżek wbu¬dowano w ściany prycze, jak na okręcie. Z sufitu zwieszały się szynki i wieńce cebuli, a na ścianach wi¬siały gumowe buty, płaszcze nieprzemakalne, siekiery, nożyce, szpadle, rydle, rozmaite narzędzia murarskie, wędki, sieci rybackie i więcierze. A obrus na stole, choć bardzo czysty, był szorstki w dotyku.
Właśnie kiedy tłuszcz na patelni zaczynał już skwier¬czeć, Piotr i pan Bóbr powrócili z rybami, które go¬spodarz uprzednio wypatroszył i oczyścił nożem na świeżym powietrzu. Możecie sobie wyobrazić, jak cu¬downie pachniała smażąca się świeżo złowiona ryba i jak bardzo dzieciom ciekła ślinka, i jak głód ich wzra¬stał i wzrastał z każdą chwilą, aż wreszcie pani Bo¬browa oznajmiła: „No, to jesteśmy już prawie goto¬we". Zuzanna odcedziła kartofle i postawiła je jeszcze na kuchni, aby odparowały, a Łucja pomogła pani Bo¬browej wyłożyć pstrągi na półmisek. Wreszcie każdy mógł sobie przysunąć jeden ze stołków (w domu Bo¬brów wszystkie stołki miały trzy nogi; wyjątkiem był specjalny fotel na biegunach, w którym pani Bobrowa siadywała przy piecu) i przygotować się na bliskie już rozkosze podniebienia. Na stole stał dzban kremowe¬go mleka dla dzieci (pan Bóbr wolał zostać przy piwie) i wielka bryła złocistego masła, z której każdy mógł sobie brać do kartofli tyle, na ile miał ochotę. Każde z dzieci pomyślało sobie — a ja zgadzam się z nimi — że nie ma nic lepszego nad dobrą rybę ze słodkiej wody, jeżeli je się ją w pół godziny po złowieniu i w pół minuty po zdjęciu z patelni. A kiedy skoń¬czyli jeść rybę, pani Bobrowa wyciągnęła niespodzie¬wanie z piekarnika wielką, jeszcze gorącą i polukrowaną na wierzchu struclę z marmoladą i postawiła imbryk na ogniu, tak że kiedy skończyli struclę, her¬bata była już gotowa. I kiedy każdy dostał filiżankę herbaty, każdy podsunął swój stołek do ściany, aby się o nią wygodnie oprzeć, i każdy wydał z siebie dłu¬gie westchnienie pełnego szczęścia.
— A teraz — powiedział pan Bóbr, odstawiając pusty już kufel i przysuwając sobie filiżankę herbaty — jeżeli będziecie tak mili i poczekacie, aż napełnię sobie fajkę, możemy zająć się naszymi sprawami. Wi¬dzę, że śnieg znowu pada — dodał, spoglądając w ok¬no. — To najlepsze, co mogło się zdarzyć, bo to zna¬czy, że nie będziemy mieli nieproszonych gości, a jeśli ktoś próbował was tropić, nie znajdzie żadnych śladów.


Góra
Zobacz profil  
 
 Tytuł: Rozdział 8: Co wydarzyło się po obiedzie
PostNapisane: 2008-06-26, 13:11 
Czytelnik
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2008-06-26, 12:54
Posty: 133
Lokalizacja: Bełchatów
Rozdział 8
CO WYDARZYŁO SIĘ PO OBIEDZIE



A TERAZ — poprosiła Łucja — niech nam pan opo¬wie, co stało się z panem Tumnusem.
— No cóż, to paskudna, bardzo paskudna spra¬wa — odpowiedział pan Bóbr, potrząsając głową. — Nie ma wątpliwości, że zabrała go policja. Do¬wiedziałem się o tym od pewnego ptaka, który to wszystko widział.
— Ale dokąd go zabrali? — zapytała Łucja.
— Kiedy go ostatni raz widziano, prowadzili go na północ, a wszyscy wiemy, co to oznacza.
— Nie wszyscy. MY nie wiemy — powiedziała Zuzanna.
Pan Bóbr jeszcze raz potrząsnął głową ze smut¬kiem.
— Obawiam się, że to oznacza tylko jedno: pro¬wadzą go do jej Domu.
— Ale co oni chcą z nim zrobić? — wydusiła z siebie Łucja.
— No cóż — odpowiedział pan Bóbr — trud¬no to z całą pewnością przewidzieć. W każdym razie z tych, których tam zabrano, niewielu dotąd powró¬ciło. Posągi. Mówią, że cały ten Dom pełen jest posągów: na dziedzińcu, wzdłuż schodów, w wielkiej sali. Posągi tych, których ona zamieniła — tu przerwał na chwilę i wzdrygnął się — zamieniła w kamień.
— Ale, panie Bobrze — powiedziała Łucja — czy nie możemy... to znaczy my musimy coś zrobić, aby go uratować. To przecież jest straszne... i to wszystko z mojego powodu.
— Nie wątpię, żebyś go uratowała, gdybyś tylko mogła, moja kochana — wtrąciła się pani Bobrowa
— ale nie ma żadnej szansy, aby się dostać żywym do pałacu bez jej woli i wyjść z niego żywym.
— Czy nie możemy wymyślić jakiegoś fortelu?
— zapytał Piotr. — To znaczy, czy nie możemy prze¬brać się za kogoś albo udawać, że jesteśmy... no, na przykład wędrownymi sprzedawcami, albo kimkol¬wiek, albo zaczaić się i czekać, aż ona będzie wyjeż¬dżała, albo, och..., do licha, przecież musi być jakiś sposób! Ten faun uratował moją siostrę, narażając swoje życie. Nie możemy go tak po prostu zostawić, żeby był... żeby... żeby z nim to zrobiono.
— Nie sądzę, Synu Adama — powiedział pan Bóbr — aby cokolwiek wyszło z WASZYCH prób. Ale skoro już Aslan jest w drodze...
— Właśnie! Opowiedz nam o Aslanie! — ode¬zwało się kilka głosów naraz, ponieważ znowu, na sam dźwięk tego imienia, ogarnęło ich dziwne uczucie: jak pierwsze oznaki wiosny, jak dobra nowina.
— Kim jest Aslan? — zapytała Zuzanna.
— Aslan? — powtórzył pan Bóbr. — Jak to, nie wiecie? On jest Królem. On jest Panem całej pu¬szczy, choć nie bywa tu często. Nie było go tu za
mojego życia ani za życia mojego ojca. Ale oto doszła nas nowina, jakoby powrócił. Już jest w Narnii. On sobie poradzi z Białą Czarownicą. To on, a nie wy, może uratować pana Tumnusa.
— A czy ona nie może zamienić i jego w kamień? — zapytał Edmund.
— Niech cię Pan Bóg ma w swojej opiece, Synu Adama! Cóż to za naiwne pytanie — odpowiedział pan Bóbr, wybuchając śmiechem. — Zamienić w kamień JEGO? Jeżeli zdoła stanąć na własnych nogach przed nim i spojrzeć mu w twarz, to już będzie szczyt tego, na co ją stać. Nie, nie. On wszystko naprawi, jak mówi się w naszych stronach w pewnym starym wierszu:

Zło zostanie naprawione,
Gdy w tę Aslan przyjdzie stronę;
A gdy głośno on zaryczy,
Znikną smutki i gorycze;
A gdy zębem wkoło błyśnie,
Zimę nagła śmierć uściśnie,
A gdy grzywą złotą wstrząśnie
Da początek wiecznej wiośnie.

Zrozumiecie zresztą sami, kiedy go zobaczycie.
— Ale czy go zobaczymy? — zapytała Zuzanna.
— O Córko Ewy, przecież właśnie dlatego tutaj jesteście. Mam was zaprowadzić tam, gdzie się z nim spotkacie.
— Czy... czy on jest człowiekiem? — zapytała Łucja.
— Aslan... człowiekiem! — powiedział pan Bóbr ostro. — Oczywiście, że nie. Powiedziałem wam, że on jest Królem puszczy i synem Wielkiego Władcy-Zza-Morza. Czyżbyście nie wiedzieli, kto jest królem zwierząt? Aslan jest lwem, i to nie jakimś tam lwem, ale Wielkim Lwem!
— Och! — zawołała Zuzanna. — Myślałam, że jest człowiekiem. Czy on... nie jest groźny? Obawiam się, że może mi się zrobić słabo, kiedy spotkam lwa.
— Nie ma wątpliwości, że ci się zrobi słabo, moja kochana — odezwała się pani Bobrowa. — Jeżeli jest ktoś, kto może stanąć przed Aslanem, nie trzęsąc się przy tym ze strachu, to albo jest najdzielniejszym z dziel¬nych, albo jest po prostu głupi.
— A więc on jest groźny? — zapytała Łucja.
— Groźny? — powtórzył pan Bóbr. — Nie sły¬szałaś, co powiedziała moja żona? Oczywiście, że jest groźny. Ale jest dobry. Powiedziałem wam, że on jest Królem.
— Tak bardzo chciałbym go zobaczyć — po¬wiedział Piotr. — Nawet jeśli miałbym się bardzo bać, gdy do tego dojdzie.
— Masz świętą rację, Synu Adama — powie¬dział pan Bóbr, uderzając łapą w stół z taką siłą, że wszystkie filiżanki i spodeczki podskoczyły z hałasem.
— I zobaczysz go. Nadeszła wiadomość, że macie się właśnie z nim spotkać — jutro, jeśli to będzie możliwe — przy Kamiennym Stole.
— Gdzie to jest? — zapytała Łucja.
— Pokażę wam — powiedział pan Bóbr. — To jest w dół rzeki, dobry kawałek stąd. Zaprowadzę was.
— Ale co będzie z biednym panem Tumnusem?
— Nie ma szybszego sposobu udzielenia mu pomocy od spotkania się z Aslanem. Kiedy już będzie z nami, możemy zaczynać. To wcale nie znaczy, że nie będziemy was potrzebować. Jest jeszcze jeden stary wiersz, który głosi:

Gdy ciało z ciała Adama i kość z jego kości,
W Ker-Paravelu na tronie zagości,
Przeminą złe czasy niegodziwości.

A więc musi zbliżać się spełnienie tego wszystkie¬go, skoro on nadchodzi i wy już jesteście. Słyszeliśmy, że kiedyś, kiedyś — nikt nie wie kiedy — Aslan był już w tych stronach. Ale nigdy jeszcze nie wi¬dziano tu nikogo z waszej rasy.
— Tego właśnie nie rozumiem, panie Bobrze — powiedział Piotr. — Czyżby Czarownica nie była czło¬wiekiem?
— Bardzo by chciała, żebyśmy w to uwierzyli, bo właśnie na tym opiera swoje roszczenia do tronu Narnii. Ale ona nie jest Córką Ewy. Ona pochodzi od Lilith, która twierdziła, że jest pierwszą żoną waszego praojca Adama — tutaj pan Bóbr skłonił się — ale naprawdę należała do rasy dżinnów. Tyle jeśli idzie o jej pochodzenie z jednej strony. Z drugiej strony pochodzi od olbrzymów. Nie, nie, w tej Czarownicy nie płynie ani jedna kropla prawdziwej ludzkiej krwi.
— I właśnie dlatego jest na wskroś zła — dodała pani Bobrowa.
— Jeżeli już mamy być całkiem szczerzy, moja żo¬no — powiedział pan Bóbr — to mogą być dwie różne opinie na temat ludzi, bez obrazy tutaj obecnych.
Ale z całą pewnością trudno o dwie różne opinie na temat takich typów, którzy wyglądają jak ludzie, a ni¬mi nie są.
— Znam zupełnie przyzwoite karły — powie¬działa pani Bobrowa.
— I ja również, jeżeli już mamy o tym mówić — odparł jej mąż — ale tak naprawdę to nie jest ich zbyt wielu, a w dodatku nie bardzo przypominają ludzi. Ale biorąc rzecz w ogólności, posłuchajcie mojej rady i kiedy spotkacie kogoś, kto zamierza być czło¬wiekiem, a jeszcze nim nie jest, albo kiedyś był czło¬wiekiem, a już nim być przestał, albo też powinien być człowiekiem, a nim nie jest — to nie spuszczajcie go z oka i przypomnijcie sobie, gdzie macie siekierę. Ale, wracając do rzeczy, właśnie dlatego ta wiedźma wciąż wypatruje, czy w Narnii nie pojawi się jakiś prawdziwy człowiek. Wypatruje was od lat, a jeżeli się dowie, że jest was czworo, będzie jeszcze bardziej niebezpieczna.
— A co to ma do rzeczy? — zapytał Piotr.
— Istnieje jeszcze jedna przepowiednia. W Ker-Paravelu — jest to zamek położony na brzegu mo¬rza, u ujścia rzeki, który powinien być stolicą całego kraju, gdyby wszystko działo się tak, jak dziać po¬winno — a więc w Ker-Paravelu znajdują się cztery trony, a od niepamiętnych czasów krąży po Narnii przepowiednia, że kiedy dwóch Synów Adama i dwie Córki Ewy zasiądą na tych tronach, nadejdzie koniec — już nie tylko panowania Białej Czarownicy, ale i jej życia. Oto dlaczego musieliśmy być tacy ostrożni, kiedy tu wędrowaliśmy. Gdyby się tylko dowiedziała, że jest was czworo, wasze życie nie byłoby warte kawałeczka moich wąsów.
Wszystkie dzieci były tak zasłuchane w opowieść pana Bobra, że zapomniały o Bożym świecie. Teraz, po chwili milczenia, które zapadło po jego ostatnich słowach, Łucja zapytała, nagle:
— Słuchajcie, gdzie jest Edmund?! i
Zapanowała złowroga cisza, a potem wszyscy, je¬den przez drugiego, zaczęli zadawać sobie bezładne pytania: „Kto go widział ostatni?" — „A może wy¬szedł na dwór?" — „Od jak dawna go nie ma?" Rzu¬cili się do drzwi i wyjrzeli na zewnątrz. Śnieg sypał gęsto, zielonkawy lód na powierzchni rozlewiska po¬krył się już całkowicie białą pierzyną, a ze środka ta¬my, gdzie stali, ledwo można było dostrzec oba brzegi. Wyszli z domku i zapadając się po kostki w miękki, sypki śnieg, krążyli wokoło, nawołując aż do zachry¬pnięcia: „Edmund! Edmund!" Ale cicho padający śnieg wydawał się tłumić ich głosy i nie było nawet echa w odpowiedzi.
— Och, jakie to okropne! — biadała Zuzanna, kiedy w końcu dali spokój poszukiwaniom i zrozpa¬czeni wrócili do domku. — Och, jak żałuję, że w ogóle tu przychodziliśmy!
— I co teraz mamy robić, panie Bobrze? — za¬pytał Piotr.
— Robić? — powtórzył gospodarz, który już wkładał długie buty. — Co robić? Musimy natychmiast ruszać w drogę. Nie mamy ani chwili do stracenia.
— Będzie lepiej, jak podzielimy się na cztery gru¬py poszukiwawcze — powiedział Piotr — i rozej¬dziemy w różnych kierunkach. Jeżeli ktoś z nas go znajdzie, musi od razu wrócić i...
— Grupy poszukiwawcze? — zapytał pan Bóbr.
— A po co?
— Jak to? Aby szukać Edmunda!
— Nie ma najmniejszego sensu go szukać — oświadczył pan Bóbr.
— Co pan chce przez to powiedzieć? — odezwa¬ła się Zuzanna. — Przecież nie mógł odejść daleko. A my musimy go znaleźć. Co pan miał na myśli mó¬wiąc, że nie ma sensu go szukać?
— Powód, dla którego nie ma sensu go szukać, jest prosty: ponieważ dobrze wiemy, dokąd poszedł — odpowiedział spokojnie pan Bóbr. Wszyscy popatrzyli na niego ze zdumieniem.
— Czy wy nie rozumiecie? — powiedział pan Bóbr. — On poszedł do NIEJ, do Białej Czarownicy. Zdradził nas wszystkich.
— Och, naprawdę! — zawołała Zuzanna. — Prze¬cież nie mógł tego zrobić!
— Nie mógł? — zapytał pan Bóbr, patrząc uważ¬nie na troje dzieci, i wszystko, co chciały powiedzieć, zamarło im na ustach, ponieważ każde z nich nagle poczuło, że Edmund na pewno to zrobił.
— Czy sądzi pan, że on wie, jak tam trafić? — zapytał Piotr.
— A czy był już kiedyś w tym kraju? — odpo¬wiedział pytaniem pan Bóbr. — Czy kiedykolwiek był tu sam?
— Tak — powiedziała Łucja prawie szeptem. — Obawiam się, że był.
— A czy mówił wam, co tu robił i kogo spotkał?
— No więc... nie, nie mówił — odpowiedziała Łucja.
— A więc posłuchajcie, co wam powiem — oświadczył pan Bóbr. — A powiem wam, że on już spotkał Białą Czarownicę, już jest po jej stronie i już wie, gdzie ona mieszka. Nie chciałem wam wcześniej tego mówić..., ostatecznie to wasz brat! Ale kiedy go tylko zobaczyłem, powiedziałem sobie: „On mi wy¬gląda niepewnie". On mi wyglądał na takiego, co spotkał się z tą wiedźmą i jadł to, co mu dała. Jeśli będziecie długo żyli w Narnii, zawsze to poznacie. Jest coś takiego w ich oczach...
— A jednak — powiedział Piotr zdławionym gło¬sem — musimy iść i szukać go. Ostatecznie to nasz brat, nawet jeśli prócz tego jest małym potworem. No, i to jeszcze dziecko.
— Iść do domu Czarownicy? — zapytała pani Bobrowa. — Czy nie rozumiecie, że jedynym spo¬sobem na to, aby uratować jego i siebie, jest trzymanie się od niej z daleka?
— Co pani ma na myśli? — zapytała Łucja.
— Przecież ona właśnie tego pragnie: dostać was wszystkich czworo w swoje szpony. Przez cały czas myśli o tych czterech tronach w Ker-Paravelu. Kiedy już raz znajdziecie się w pałacu, przestanie się niepo¬koić; po prostu do jej kolekcji przybędą cztery nowe posągi, i to zanim zdążycie wypowiedzieć choćby jed¬no słowo. A dopóki ma tylko jego, to myślę, że nie zrobi mu krzywdy, bo to najlepsza przynęta, aby zwa¬bić was troje.
— Och, czy NIKT nie może nam pomóc? — jęknęła głucho Łucja.
— Tylko Aslan — powiedział pan Bóbr. — Mu¬simy iść i spotkać się z Aslanem. To jest teraz nasza jedyna szansa.
— Wydaje mi się, moi kochani — wtrąciła się znowu pani Bobrowa — że jest bardzo ważne, aby ustalić, KIEDY on się wymknął z domu. Bo to, co może jej powiedzieć, zależy od tego, co usłyszał. Na przykład, czy zaczęliśmy mówić o Aslanie, zanim wy¬szedł? Jeżeli nie, to jesteśmy górą, bo wobec tego ona nie będzie wiedziała, że Aslan przybył do Narnii oraz że mamy się z nim spotkać, a w takim razie nie będzie się miała na baczności, przynajmniej jeśli o TO chodzi.
— Nie mogę sobie przypomnieć, czy tu jeszcze był, kiedy rozmawialiśmy o Aslanie — zaczął Piotr, ale Łucja szybko mu przerwała:
— Och, tak, był! Pamiętacie, to właśnie on zapytał, czy Czarownica nie może zamienić Aslana w kamień.
— A więc był — powiedział Piotr. — Tak, i to jest ten rodzaj pytania, który bardzo do niego pasuje.
— Coraz gorzej, coraz gorzej — zamruczał pan Bóbr. — A teraz następna sprawa: czy był tu jeszcze, kiedy wam powiedziałem, że mamy się spotkać z Aslanem przy Kamiennym Stole?
I naturalnie nikt nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie.
— Bo jeśli był — ciągnął pan Bóbr — to ona bardzo szybko popędzi saniami w tym kierunku, za¬grodzi nam drogę do Kamiennego Stołu i będzie chciała nas złapać, jak będziemy tam szli. W ten sposób zo¬staniemy odcięci od Aslana.
— Jak ją znam — dodała pani Bobrowa — to akurat nie będzie pierwszą rzeczą, jaką zrobi. Jak tyl¬ko Edmund powie jej, gdzie jesteśmy, wyruszy, aby nas wszystkich złapać jeszcze tej nocy. A jeżeli uciekł jakieś pół godziny temu, to ona tu będzie za jakieś dwadzieścia minut.
— Masz świętą rację, moja żono — powiedział pan Bóbr. — Musimy natychmiast stąd uciekać. Nie ma nawet chwili do stracenia.


Góra
Zobacz profil  
 
C. S. Lewis - Lew, Czarownica I Stara Szafa
Utwórz nowy wątek Ten wątek jest zablokowany. Nie możesz w nim pisać ani edytować postów.  [ Posty: 24 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna strona

Podobne tematy:

- Kwietniowa czarownica
- Czarownica z Portobello
- Czarownica z Radosnej
- Melania - Czarownica od Zaraz
- K. Nowak: Moja mama czarownica.
- Nastoletnia czarownica - Silver RavenWolf
- Maryse Condé - Ja, Tituba, czarownica z Salem
- Ja, Tituba, czarownica z Salem - Maryse Conde
- Stara książka
- Oscar Lewis


Przeczytaj również:

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Theme created StylerBB.net