Serwis partnerski: BiznesForum.pl
Książki, Literatura, Poezja - Forum Książki
Książki, Literatura, Poezja - Forum Książki
Teraz jest 2014-11-24, 23:21


Strefa czasowa: UTC + 1








 [ Posty: 24 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2
Autor Wiadomość
 Tytuł: Rozdział 9: W domu czarownicy
PostNapisane: 2008-06-26, 13:13 
Czytelnik
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2008-06-26, 12:54
Posty: 133
Lokalizacja: Bełchatów
Rozdział 9
W DOMU CZAROWNICY



A TERAZ CHCIELIBYŚCIE się na pewno dowiedzieć, co się stało z Edmundem. Edmund zjadł obiad wraz z in¬nymi, ale nie sprawiało mu to specjalnej przyjemności, ponieważ przez cały czas myślał o ptasim mleczku, a nic tak nie psuje smaku dobrego, normalnego je¬dzenia, jak wspomnienie o jakimś złym, zaczarowa¬nym przysmaku. Rozmowa, której się przysłuchiwał, również nie sprawiała mu przyjemności, bo miał wra¬żenie, że nikt nie zwraca na niego uwagi, a jeśli już ktoś zwraca, to traktuje go bardzo ozięble. Oczywiście mijało się to z prawdą, ale Edmund był o tym święcie przekonany. Wysłuchał tego wszystkiego, co pan Bóbr mówił im o Aslanie, a kiedy dowiedział się o spot¬kaniu wyznaczonym przy Kamiennym Stole, niepo¬strzeżenie wśliznął się za kotarę, która osłaniała drzwi. Podczas gdy w innych samo wspomnienie imienia Aslana rodziło jakieś tajemnicze, cudowne uczucie, w nim budziło coś równie tajemniczego, ale i strasznego za¬razem.
W tym samym momencie, w którym pan Bóbr recytował wiersz O ciele z ciała Adama i kości z jego kości, Edmund ostrożnie nacisnął klamkę, a zanim pan Bóbr zaczął im mówić, że Biała Czarownica nie jest wcale człowiekiem, lecz pochodzi w połowie od dżinnów, a w połowie od olbrzymów, Edmund wymknął się z domu i jak mógł najciszej zamknął za sobą drzwi.
Nie powinniście sądzić, że Edmund był już tak przeżarty niegodziwością, by pragnął zaczarowania brata i sióstr w kamienne posągi. Bardzo mu się chciało pta¬siego mleczka, a prócz tego pragnął już zostać księciem (a później królem) i odpłacić Piotrowi za to, że nazwał go potworem. Jeśli chodzi o to, co Czarownica zrobi z jego rodzeństwem, to nie życzył sobie bynajmniej, aby była dla nich zbyt miła — a z całą pewnością nie chciał, by potraktowała ich tak dobrze, jak jego — ale starał się wierzyć, a przynajmniej udawał przed samym sobą, że wierzy, iż nie będzie dla nich zbyt okrutna. „Wszyscy, którzy mówią o niej takie wstrętne rzeczy — myślał sobie w duchu — są po prostu jej wrogami; z pewnością nawet połowa z tego nie jest prawdą. W każdym razie była dla mnie bardzo miła, o wiele milsza niż oni. Jestem przekonany, że to ona jest prawdziwą królową, a w każdym razie jest na pew¬no lepsza od tego strasznego Aslana!" Wszystko to mówił sobie, aby znaleźć usprawiedliwienie tego, co właśnie robił, ale tak naprawdę wcale nie był prze¬konany, że jest to słuszne. W głębi serca Edmund czuł, że Biała Czarownica jest zła i okrutna.
Pierwszą rzeczą, z jakiej zdał sobie sprawę, gdy wyszedł na dwór, w gęsto padający śnieg, był brak płaszcza, który został w domku bobrów. Nie było, rzecz jasna, żadnej szansy na to, aby wrócić i zabrać go tak, by nikt tego nie zauważył. Stwierdził też, że zrobiło się już prawie ciemno. Gdy zasiedli do obiadu, była prawie trzecia, a w zimie dni są krótkie. Nie wziął tego przedtem pod uwagę, ale teraz nie zamie¬rzał się już wycofywać. Postawił więc kołnierz i zaczął się posuwać ostrożnie po szczycie tamy (który na szcz꬜cie nie był już tak śliski, odkąd przykryła go gruba warstwa śniegu) ku dalekiemu brzegowi rzeki.
Kiedy dotarł do brzegu, zrobiło się jeszcze gorzej. Ciemność gęstniała z każdą chwilą, a w dodatku płat¬ki śniegu wirowały wokół niego tak gęsto, że trudno było zobaczyć coś dalej niż na dwa kroki. Nie było też żadnej drogi. Wpadał po pas w głębokie zaspy śnieżne, przewracał się na zamarzniętych kałużach, potykał się o zwalone pnie, ześlizgiwał ze stromych zboczy i rozbijał kolana o skały, aż w końcu cały był przemoknięty, przemarznięty i poobtłukiwany. Cisza i poczucie samotności napełniały go strasznym lękiem. Jestem pewien, że mógłby w końcu zrezygnować z ca¬łego planu, wrócić, przyznać się do wszystkiego i pogodzić z resztą rodzeństwa, gdyby nie przyszła mu do głowy następująca myśl: „Kiedy już zostanę królem Narnii, pierwszą rzeczą, jaką zrobię, będą porządne drogi". A kiedy już zaczął myśleć o tym, że będzie królem, i o różnych rzeczach, które zwykle mogą robić monarchowie, poczuł się nieco raźniej. Rozmyślał więc nad tym, jak będzie wyglądał jego pałac, ile będzie miał samochodów i prywatnych kin, gdzie wytyczy główne drogi i jakie wyda ustawy na temat bobrów i budowania przez nich tam. Właśnie zastanawiał się nad szczegółami zasad, które pozwolą na utrzymanie Piotra w należytym posłuszeństwie, gdy spostrzegł, że pogoda się zmienia. Najpierw przestał padać śnieg. Potem zaczął dąć przenikliwy, lodowaty wiatr, który rozgonił chmury. Wyłonił się księżyc w pełni, którego światło zalało cały zaśnieżony krajobraz, i gdyby nie czarne, niepokojące cienie, mogłoby się wydawać, że jest dzień.
Gdyby nie księżyc, Edmund prawdopodobnie nig¬dy by nie znalazł drogi. Teraz stwierdził, że dotarł już do owej drugiej rzeczki (tej, którą zobaczył ze szczytu tamy, gdy przyszli do domku pana Bobra), mającej swe ujście nieco poniżej tamy. Pamiętając o położeniu dwu wzgórz, skierował się w górę jej bie¬gu. Dolinka, którą szedł, okazała się o wiele bardziej stroma, skalista i zarośnięta, tak że z trudem posuwał się naprzód. Kilka razy zatrzymał się, aby trochę od¬sapnąć, i za każdym razem z jakiejś gałęzi spadała mu na plecy wielka bryła śniegu. I za każdym razem Edmund myślał, jak bardzo nienawidzi Piotra — zu¬pełnie tak, jakby to była jego wina.
W końcu doszedł jednak do miejsca, w którym teren był równiejszy, a strome brzegi dolinki ustąpiły łagodnemu zboczu. I oto przed nim, na drugim brze¬gu rzeki, wznosił się na niewielkiej równinie pomiędzy dwoma wzgórzami Dom Królowej. Księżyc wydawał się teraz świecić jeszcze jaśniej. Dom był w rzeczy¬wistości małym zamkiem. Sprawiał wrażenie, jakby cały składał się z wież o wysokich, ostro zakończonych dachach, przypominających spiczaste kapelusze, jakie noszą wróżki i czarnoksiężnicy. Dachy wież lśniły w bla¬sku księżyca, a ich długie cienie kładły się złowrogo na śniegu. Edmund zaczął się trochę bać tego Domu. Było już jednak za późno, aby się wycofać. Prze¬szedł po lodzie na drugi brzeg i zaczął iść w kierunku zamku. Naokoło nie dostrzegał najmniejszego ruchu, nie słyszał najlżejszego dźwięku. Nie słyszał nawet swoich własnych kroków po świeżo spadłym śniegu. Szukając wejścia, szedł i szedł, od jednego rogu Domu do drugiego, mijając wciąż nowe baszty. Musiał obejść prawie cały zamek, zanim odnalazł olbrzymią, zwień¬czoną łukiem bramę. Żelazne wrota były otwarte na oścież.
W bramie zatrzymał się i zajrzał ostrożnie na dzie¬dziniec. To, co zobaczył, zmroziło mu krew w żyłach. Tuż przy bramie stał na ugiętych łapach olbrzymi lew, jakby gotował się do skoku. Edmund zamarł w cieniu bramy, bojąc się zrobić krok w przód i bojąc się ucie¬kać, a kolana stukały mu leciutko jedno o drugie. Stał tak długo, że na pewno zęby zaczęłyby mu szczękać z zimna, gdyby już uprzednio nie szczękały ze strachu. Jak długo to naprawdę trwało, nie wiem, ale Edmun¬dowi wydawało się, że upłynęły całe godziny.
W końcu zaczął się trochę dziwić, dlaczego lew za¬marł tak w bezruchu: odkąd na niego po raz pierwszy spojrzał, zwierzę nie poruszyło się nawet o centymetr. Posunął się ostrożnie do przodu, wciąż pamiętając, aby padał na niego cień bramy. Ze sposobu, w jaki lew stał, wywnioskował, że zwierzę wcale na niego nie pa¬trzy. („Przypuśćmy jednak, że odwróci głowę...", po¬myślał.) Lew patrzył na coś innego — na niewielkiego karzełka, który stał ze dwa metry dalej, odwrócony do niego plecami. „Aha! — pomyślał Edmund. — Kiedy skoczy na karzełka, spróbuję uciec". Ale lew tkwił wciąż w bezruchu, podobnie zresztą jak i karzełek. I w końcu Edmund przypomniał sobie, jak mówiono, że Biała Czarownica zamienia swoich wrogów w kamienie. Gdy tylko o tym pomyślał, dostrzegł śnieg na głowie i grzbiecie lwa. Ależ naturalnie, to może być tylko posąg! Żadne zwierzę nie pozwoliłoby na to, aby je pokrył śnieg. Po¬woli, z sercem bijącym tak, że czuł je w gardle, zbliżył
się do lwa. Nawet teraz nie mógł się przez dłuższą chwi¬lę ośmielić, by go dotknąć, aż wreszcie wyciągnął szyb¬ko rękę i zrobił to. Poczuł zimny kamień. A więc bał się zwykłego posągu!
Ulga, jaką odczuł, była tak wielka, że pomimo mrozu zrobiło mu się cieplej i natychmiast wpadło mu do głowy coś, co uznał za wspaniałe odkrycie. „To jest na pewno ten wielki lew Aslan, o którym oni opo¬wiadali. To znaczy, że ona go już złapała i zamieniła w kamień. A więc TAK wygląda prawdziwy koniec tych wszystkich bajek! Phi! Kto się teraz boi Aslana?"
I tak stał, sycąc oczy widokiem skamieniałego lwa, aż wreszcie przyszedł mu do głowy jeszcze jeden głupi i bardzo dziecinny pomysł. Wyjął z kieszeni kawałek kopiowego ołówka i domalował lwu wąsiki, a potem okulary. „Taaak! — powiedział, zadowolony z sie¬bie. — Stary, głupi Aslanie! Jak się czujesz, będąc kamieniem? A myślałeś, że jesteś taki mocny". Ale mimo tych wąsików i okularów wielka kamienna be¬stia wyglądała w świetle księżyca wciąż tak strasznie, przygnębiająco i szlachetnie zarazem, że te drwiny wcale nie sprawiły Edmundowi wielkiej przyjemności. Odwrócił się więc i zaczął iść przez dziedziniec.
Kiedy znalazł się na środku, zobaczył wszędzie tu¬ziny posągów stojących tu i tam, jak figury na sza¬chownicy w połowie partii szachów. Były tu więc ka¬mienne satyry i kamienne wilki, niedźwiedzie, lisy i dzikie koty. Były też cudowne kamienne figurki, wyglądające jak młode dziewczęta (w rzeczywistości były to duchy drzew). Był wielki skamieniały centaur i uskrzydlony koń, i wielki wijący się potwór, przypominający smoka. Wszystkie te postacie wyglądały tak niesamowicie, gdy tak stały jak żywe, lecz zupełnie nieruchome i ciche w księżycowej poświacie, że przej¬ście przez dziedziniec wcale nie było czymś najprzy¬jemniejszym. W samym środku stał posąg przypomi¬nający człowieka, lecz wysoki jak drzewo, z dziką twarzą i zwichrzoną brodą, trzymający w ręku wielką maczugę. Edmund był pewien, że jest to tylko ka¬mienny olbrzym, ale jakoś nie miał ochoty koło niego przejść.
Teraz zauważył blade światło sączące się z drzwi na końcu dziedzińca. Poszedł w ich kierunku. Do drzwi wiodły niezbyt wysokie kamienne schody. Kie¬dy się na nie wspiął, znowu zamarł z przerażenia. Na szczycie schodów, w poprzek drzwi, leżał wielki, szary wilk.
„W porządku, wszystko w porządku — powta¬rzał sobie Edmund — to tylko wilk z kamienia. Nic mi nie może zrobić". Uniósł nogę, aby nad nim przejść, gdy nagle bestia powstała ze zjeżoną na grzbiecie sier¬ścią, otworzyła wielki, czerwony w środku pysk i po¬wiedziała bulgocącym ze złości głosem:
— Kto tu jest? Kto tu jest? Stój spokojnie, obcy przybyszu, i powiedz mi, kim jesteś.
— Tak jest, panie — wyjąkał Edmund, trzęsąc się tak, że ledwo mógł mówić. — Nazywam się Ed¬mund i jestem tym Synem Adama, którego jej kró¬lewska wysokość spotkała pewnego dnia w lesie, i przy¬szedłem, aby przynieść jej wiadomość, że mój brat i moje siostry są już w Narnii, całkiem blisko stąd, w domu bobrów. Ona... ona chciała ich widzieć.
— Powiem jej królewskiej wysokości — warknął wilk. — A tymczasem stój spokojnie na progu, jeśli ci życie miłe. — Po tych słowach zniknął we wnętrzu.
Edmund stał i czekał. Palce bolały go z zimna, a serce łomotało mu w piersiach, aż wreszcie szary wilk — a był to Maugrim, szef Tajnej Policji Królewskiej — powrócił w susach z powrotem i oznaj¬mił: — Wejdź! Wejdź, szczęśliwy pupilku królo¬wej... choć może nie tak znowu szczęśliwy...
I Edmund wszedł, starając się nie nadepnąć przy¬padkiem na łapy wilka.
Teraz znalazł się w wielkiej, ponurej sali, podpartej wieloma kolumnami i — tak jak dziedziniec — pełnej posągów. Tuż przy drzwiach stał mały skamieniały faun z bardzo nieszczęśliwą miną i Edmund nie mógł się oprzeć wrażeniu, że może to być przyjaciel Łucji. W sali płonęła tylko jedna lampa. W kręgu jej światła siedziała Biała Czarownica.
— Przyszedłem, najjaśniejsza pani — wyjąkał Ed¬mund.
— Jak śmiałeś przyjść tu sam? — zapytała Cza¬rownica głosem mrożącym krew w żyłach. — Czyż ci nie powiedziałam, żebyś przyprowadził ze sobą resztę?
— Niech wasza królewska wysokość zechce mnie wysłuchać — powiedział Edmund. — Zrobiłem wszy¬stko, co mogłem. Przyprowadziłem ich bardzo blisko stąd. Są w domku na szczycie tamy, jak się idzie w gó¬rę rzeki, u państwa Bobrów.
Na twarzy Czarownicy pojawił się powoli okrutny uśmiech.
— Czy to wszystko, co chcesz mi powiedzieć?
— Nie, najjaśniejsza pani. — I Edmund opo¬wiedział jej dokładnie wszystko, co usłyszał, zanim opuścił dom bobrów.
— Co? Aslan? — krzyknęła królowa. — Aslan! Czy to prawda? Jeśli się okaże, że mnie okłamujesz...
— Ja... ja tylko powtarzam, o czym oni mówili — wyjąkał Edmund.
Ale królowa przestała zwracać na niego uwagę i zaklaskała w dłonie. Nagle pojawił się ten sam ka¬rzeł, którego już widział za pierwszym razem.
— Przygotuj sanie — rozkazała — I załóż uprząż bez dzwonków.


Góra
Zobacz profil  
 



 Tytuł: Rozdział 10: Czary zaczynają tracić swą moc
PostNapisane: 2008-06-26, 13:14 
Czytelnik
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2008-06-26, 12:54
Posty: 133
Lokalizacja: Bełchatów
Rozdział 10
CZARY ZACZYNAJĄ TRACIĆ SWĄ MOC



A TERAZ MUSIMY POWRÓCIĆ do państwa Bobrów i trójki pozostałych dzieci. Jak tylko pan Bóbr zawo¬łał: „Nie ma ani chwili do stracenia!", wszyscy zaczęli pośpiesznie wciągać płaszcze. Wszyscy — prócz pani Bobrowej, która zebrała kilka worków, położyła je na stole i zwróciła się do męża:
— A teraz sięgnij no po tę szynkę. I daj jeszcze paczkę herbaty. I cukier. Weźmiemy też trochę za¬pałek. I niech ktoś wyjmie ze dwa lub trzy bochenki chleba z tego kotła w rogu.
— Co pani robi, pani Bobrowo? — wykrzyknęła Zuzanna.
— Pakuję dla każdego prowiant, moja kochana — odpowiedziała spokojnie. — Chyba nie myślisz, że wyruszymy w drogę bez jedzenia.
— Ale przecież nie mamy czasu! — powiedziała Zuzanna, zapinając się pod szyją. — Ona może tu być w każdej chwili.
— To samo mówię — zgodził się pan Bóbr.
— A dajcie mi wszyscy święty spokój — powie¬działa jego żona. — Pomyśl tylko, mężu. Przecież ona nie może tu być prędzej niż za kwadrans.
— Ale czy nie musimy wyruszyć jak najszybciej __wtrącił się Piotr — jeśli chcemy dotrzeć do Ka¬miennego Stołu przed nią?
— Musi pani pamiętać, pani Bobrowo — doda¬ła Zuzanna — że jak tylko tu przybędzie i zobaczy, że nas nie ma, natychmiast tam wyruszy.

— Na pewno to zrobi — zgodziła się pani Bo¬browa — ale i tak będzie tam przed nami, choćby¬śmy stawali na głowie. Ona ma sanie, a my będziemy szli pieszo.
— A więc... nie mamy żadnej szansy?
— Przestań się tak gorączkować, moja kochana, tylko wyjmij z pół tuzina czystych chusteczek z tamtej szuflady. Oczywiście mamy szansę. Nie możemy tam być PRZED nią, ale możemy się ukrywać i iść takimi drogami, których ona nie zna. W ten sposób może się nam uda jakoś przejść.
— Masz świętą rację, moja żono — wtrącił pan Bóbr — ale teraz naprawdę musimy już iść.
— A TY też nie zaczynaj robić zamieszania, mꬿu. O, tak. Tak jest lepiej. Tu są cztery worki, dla każdego po jednym, i ten najmniejszy dla najmniejszej z nas. To dla ciebie, moja kochana — dodała i spoj¬rzała na Łucję.
— Och, błagam panią, chodźmy już — powie¬działa Łucja.
— No, jestem już prawie gotowa — oznajmiła wreszcie pani Bobrowa, pozwalając mężowi włożyć so¬bie śniegowce. — Maszyna do szycia jest chyba za ciężka, żeby ją brać ze sobą, co?
— Tak, ZA ciężka — odparł pan Bóbr. — O wiele za ciężka. I chyba nie sądzisz, że będziesz mogła szyć w drodze?
— Nie mogę się pogodzić z myślą, że ta wiedźma będzie przy niej majstrować i połamie ją albo ukrad¬nie, jak amen w pacierzu.
— Och, błagam, błagam, błagam, pospieszcie się! — krzyknęło jednocześnie troje dzieci.
I w końcu wyszli wszyscy na dwór, pan Bóbr za¬mknął drzwi na klucz („To ją trochę zatrzyma") i ru¬szyli w drogę, każdy ze swoim węzełkiem na ramieniu.
Właśnie śnieg przestał padać i zza chmur wyszedł księżyc. Szli gęsiego: pan Bóbr na czele, potem Łucja, Piotr, Zuzanna, a na końcu pani Bobrowa. Pan Bóbr poprowadził ich przez tamę na prawy brzeg, a potem bardzo wyboistą i ledwo widoczną ścieżką tuż nad sa¬mą rzeką. Zbocza doliny, jaśniejące w blasku księżyca, wznosiły się stromo nad ich głowami.
— Najlepiej trzymać się jak najniżej — powie¬dział pan Bóbr szeptem. — Ona będzie jechać górą, bo nie zdołałaby zjechać tu na dół saniami.
Sceneria była piękna, zwłaszcza gdyby się ją mogło oglądać przez okno z wygodnego fotela, ale i tak Łucja zachwycała się nią — z początku. Ale kiedy tak szli i szli, a worek robił się coraz bardziej i bardziej ciężki, zaczęła się niepokoić, czy aby to wszystko wytrzyma. Wkrótce przestała patrzeć na jaśniejącą w ciemno¬ściach zamarzniętą rzekę z jej lodowymi kaskadami, na wielki, jarzący się księżyc i niezliczone gwiazdy. Widziała przed sobą tylko łapki pana Bobra, przebierające szybko i regularnie po śniegu, jakby nie mia¬ły się nigdy zatrzymać. Potem księżyc schował się za chmury i znowu zaczął padać śnieg. W końcu Łucja była już tak zmęczona, że prawie zasnęła w marszu. Nagle zdała sobie sprawę, że pan Bóbr skręcił w pra¬wo i prowadzi ich teraz w górę zbocza, w najgęstsze zarośla. A kiedy rozbudziła się już całkowicie, zoba¬czyła, jak pan Bóbr znika nagle w małej dziurze, pra¬wie zupełnie niewidocznej między krzakami, zanim się nie stanęło tuż przed nią. Kiedy sobie uświadomiła, co się dzieje, z czarnego otworu wystawał już tylko jego krótki, płaski ogon.
Łucja zatrzymała się i wpełzła za nim do dziury. Potem usłyszała za sobą odgłosy gramolenia się na czworakach, sapanie i kichanie — i oto cała piątka była już razem w środku.
— Gdzie jesteśmy? — zapytał Piotr zmęczonym i wyblakłym głosem. (Mam nadzieję, że wiecie, co mam na myśli, mówiąc o wyblakłym głosie.)
— To stara kryjówka bobrów, używana w złych cza¬sach — odpowiedział pan Bóbr — a jej położenie utrzy¬mywane jest w największej tajemnicy. Nie ma tu zbyt wiele miejsca, ale musimy przespać się parę godzin.
— Gdybyście wszyscy nie byli w takiej piekielnej gorączce, jak wyruszaliśmy w drogę, tobym zdążyła zabrać kilka poduszek — powiedziała pani Bobrowa.
Nie była to pieczara nawet w przybliżeniu tak przytulna jak dom pana Tumnusa: po prostu zwykła, sucha jama, wydrążona w ziemi. Miejsca rzeczywiście nie było tu zbyt wiele, tak że kiedy się wszyscy po¬łożyli, sprawiali wrażenie jednego wielkiego tobołka z ubraniami. Było im jednak ciepło — zwłaszcza że rozgrzał ich szybki marsz — i całkiem przyjemnie. Gdyby tylko podłoga była trochę bardziej równa! Pan Bóbr puścił w obieg małą, płaską butelkę, z której każdy pociągnął łyk czegoś, co powodowało kaszel i piekło w gardle, ale po przełknięciu cudownie roz¬grzewało — i wszyscy zapadli w głęboki sen.
Łucji zdawało się, że upłynęła zaledwie chwilka (chociaż w rzeczywistości minęło kilka dobrych go¬dzin), gdy obudziła się, trochę zziębnięta i strasznie zesztywniała, myśląc, że dobrze by było wziąć gorącą kąpiel. Potem poczuła, że czyjeś długie wąsy łaskoczą ją w policzek i zobaczyła zimne światło dzienne, są¬czące się przez otwór wejściowy. Po chwili rozbudziła się całkowicie, podobnie jak pozostali. Wszyscy usiedli z szeroko otwartymi oczami i ustami, słuchając tego dźwięku, o którym myśleli (a czasem wydawało się im, że go słyszeli) w ciągu całej nocnej wędrówki. Był to dźwięk brzęczących dzwoneczków.
Pan Bóbr błyskawicznie wyskoczył z jamy. Może się wam wydaje, że zrobił głupio — i tak pomyślała Łucja. A jednak było to naprawdę rozsądne posunię¬cie. Wiedział, że potrafi się wspiąć aż na szczyt zbocza nie zauważony przez nikogo, a chciał za wszelką cenę zobaczyć, w którą stronę kierują się sanie Czarownicy. Pozostali siedzieli cichutko w jamie, czekając i zasta¬nawiając się, co z tego wyniknie. Czekali tak prawie pięć minut, aż usłyszeli coś, co ich przeraziło. Usłyszeli głosy. „Och! — pomyślała Łucja. — Zobaczono go. Ona go złapała!" Ale, ku ich zaskoczeniu, rozległ się głos pana Bobra:
— Wszystko w porządku! Wyjdź, żono! Wychodź¬cie, Synowie i Córki Adama. Wszystko w porządku! To nie jest JEJ! — Oczywiście nie było to w porządku z gramatyką, ale tak już bobry mówią, kiedy są bardzo podniecone — w każdym razie w Narnii, ponieważ w naszym świecie przeważnie w ogóle nie mówią.
Wszyscy wysypali się z jamy, mrugając oczami w pełnym świetle dnia, umazani ziemią, pomięci, roz¬czochrani i zaspani.
— Dalej! — krzyknął pan Bóbr, prawie tańcząc w miejscu z radości. — Chodźcie i zobaczcie! A to dopiero paskudny kawał zrobiono Czarownicy! Wy¬gląda na to, że jej władza już trzeszczy!
— O czym pan mówi, panie Bobrze? — wysapał Piotr, kiedy wspinali się po stromym zboczu.
— Czy wara nie mówiłem, jak ta wiedźma zro¬biła, że zawsze jest zima, a nigdy nie ma Bożego Na¬rodzenia? Czy wam nie mówiłem? A więc chodźcie i zobaczcie sami!
Teraz wszyscy stali już na szczycie i mogli zoba¬czyć, co tak bardzo ucieszyło pana Bobra.
To rzeczywiście były sanie i to rzeczywiście były reny w uprzęży przyozdobionej dzwoneczkami. Były jednak większe od renów Czarownicy i nie białe, lecz brązowe. A na saniach siedziała postać, którą każdy rozpoznał bez trudu, gdy na nią spojrzał. Był to rosły mężczyzna w jaskrawoczerwonym płaszczu z kaptu¬rem (tak czerwonym jak jagody ostrokrzewu), z długą siwą brodą, która opadała mu na piersi jak spieniona kaskada. Każdy go od razu rozpoznał, ponieważ — choć osobistości tego typu można spotkać tylko w Narnii — w naszym świecie (w świecie po tej stronie szafy) widzi się go często na obrazkach i wysłuchuje o nim różnych opowieści. Ale oczywiście obrazki to co innego, a żywa postać w Narnii — co innego. Na niektórych obrazkach w naszym świecie Święty Mi¬kołaj wygląda tylko śmiesznie i wesoło. Teraz, kiedy dzieci przed nim stały, mogły stwierdzić, że w rze¬czywistości jest zupełnie inny. Był tak wielki, tak miły i tak prawdziwy, że choć czuły wielką radość z tego spotkania, stały onieśmielone i poważne.
— A więc wreszcie jestem! — powiedział. — Długo nie pozwalała mi przybyć, ale wreszcie jestem. Aslan jest już w drodze. Czary wiedźmy tracą swą moc.
I Łucja poczuła, jak przebiega przez nią dreszcz najgłębszej radości, jaką można odczuć tylko wtedy, jeśli się jest poważnym i nic się nie mówi.
— A teraz — powiedział Święty Mikołaj — tro¬chę prezentów. Oto nowa i, jak sądzę, o wiele lepsza maszyna do szycia dla pani Bobrowej. Podrzucę ją do waszego domu, jak będę przejeżdżał.
— Dzięki stokrotne, panie — powiedziała pani Bobrowa dygając — ale dom jest zamknięty.
— Zamki i kłódki nie stanowią dla mnie żadnej przeszkody. A teraz pan Bóbr. Po powrocie do domu zastanie pan tamę już ukończoną i naprawioną. Znik¬ną wszelkie przecieki, a będzie za to nowa śluza.
Pan Bóbr tak się ucieszył, że tylko otworzył sze¬roko pysk i nie mógł powiedzieć ani słowa.
— Piotrze, Synu Adama — powiedział Święty Mikołaj.
— Jestem, panie — odpowiedział Piotr.
— To są prezenty dla ciebie. I pamiętaj, że to nie są zabawki. Być może czas, w którym ich użyjesz, nie jest już tak daleki. Niech ci służą.
Mówiąc to, wręczył Piotrowi tarczę i miecz. Tarcza była koloru srebra, z wymalowanym na niej lwem sto¬jącym na tylnych łapach, tak jaskrawoczerwonym jak poziomki, kiedy się je zrywa. Miecz miał złotą ręko¬jeść; była też pochwa i pas, wszystko, co powinno być przy mieczu, a jego rozmiary i waga sprawiały wrażenie, jakby był zrobiony specjalnie dla Piotra. Przyjął te dary w milczeniu i z powagą, ponieważ czuł, że nie jest to zwykły prezent na Boże Narodzenie.
— Zuzanno, Córko Ewy — powiedział Święty Mi¬kołaj — to dla ciebie.
I wręczył jej łuk z kołczanem pełnym strzał oraz mały róg z kości słoniowej.
— Możesz użyć tego łuku tylko w wielkiej po¬trzebie, bo nie masz brać udziału w bitwie. Ten łuk nie chybia. A kiedy zadmiesz w róg, zawsze, gdzie¬kolwiek będziesz, zjawi się jakaś pomoc. Wreszcie powiedział:
— Łucjo, Córko Ewy. — I Łucja podeszła do niego. Dał jej buteleczkę z czegoś, co wyglądało jak szkło (ale później opowiadano, że była z diamentu) oraz mały sztylet.
— W tej butelce — wyjaśnił — jest lek zro¬biony z soku jednego z Ognistych Kwiatów, które rosną w Górach Słońca. Gdyby któreś z was było ran¬ne, wystarczy kilka kropel z tej buteleczki, a rana zniknie. A ten sztylet jest do obrony własnej, i to tylko w największym niebezpieczeństwie. Ty również nie będziesz brała udziału w bitwie.
— Dlaczego, proszę pana? — zapytała Łucja. — Myślę... no, nie wiem... ale myślę, że byłabym dzielna.
— Nie w tym rzecz — odpowiedział. — Po pro¬stu bitwy nie wyglądają zbyt ładnie, gdy biorą w nich udział kobiety. A tutaj — i nagle przestał być tak poważny jak przedtem — tutaj jest coś dla was wszy¬stkich! — i wyciągnął (z wielkiego worka za plecami, jak przypuszczam, ale nikt tego dokładnie nie widział) wielką tacę z pięcioma filiżankami na spodeczkach, miską cukru w bryłkach, dzbankiem kremowej śmie¬tanki i wielkim imbrykiem z dymiącą i syczącą her¬batą. Potem krzyknął: „Wesołych Świąt! Niech żyje prawdziwy król!" i strzelił z bata, a potem reny i sanie zniknęły na horyzoncie, zanim ktokolwiek zdał sobie sprawę z tego, że ruszyły z miejsca.
Piotr wyjął swój miecz z pochwy i właśnie poka¬zywał go panu Bobrowi, kiedy pani Bobrowa zawołała:
— Dalej, proszę! Przestańcie tak stać i gadać, aż herbata całkiem wystygnie. Jak to mężczyźni. Chodźcie tu i pomóżcie mi znieść tę tacę na dół. Zrobimy śnia¬danie. Dzięki Bogu, pomyślałam o tym, żeby zabrać nóż do chleba.
Tak więc zeszli ponownie po zboczu i wpełzli do pieczary, pan Bóbr pokroił trochę chleba i szynki, pani Bobrowa nalała herbaty i wszyscy zaczęli zajadać ze sma¬kiem. Ale na długo przedtem, zanim nacieszyli się śniadaniem, pan Bóbr powiedział:
— A teraz czas już w drogę!


Góra
Zobacz profil  
 
 Tytuł: Rozdział 11: Aslan jest blisko
PostNapisane: 2008-06-26, 13:16 
Czytelnik
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2008-06-26, 12:54
Posty: 133
Lokalizacja: Bełchatów
Rozdział 11
ASLAN JEST BLISKO



W TYM SAMYM CZASIE Edmund przeżywał swoje naj¬gorsze chwile. Kiedy karzeł odszedł, aby przygotować sanie do drogi, chłopiec spodziewał się, że Czarownica wreszcie zacznie być dla niego miła, jak obiecywała przy pierwszym spotkaniu. Tymczasem w ogóle się do niego nie odzywała, więc zebrał w sobie całą swą odwagę i powiedział:
— Wasza wysokość, czy mógłbym dostać trochę ptasiego mleczka?
— Ty... ty... zamilknij, ty głupcze! — wrzasnęła królowa, ale po chwili, jakby jej coś przyszło do głowy, powiedziała do siebie: — Nie byłoby jednak dobrze, gdyby ten gamoń zasłabł gdzieś po drodze — i je¬szcze raz zaklaskała w dłonie. Natychmiast pojawił się inny karzeł.
— Przynieś temu ludzkiemu pomiotowi coś do jedzenia i picia — rozkazała.
Karzeł zniknął, a za chwilę wrócił, niosąc blaszaną miseczkę z odrobiną wody i blaszany talerz z kawał¬kiem suchego chleba. Wyszczerzył zęby w odrażający sposób, postawił naczynia na podłodze przed Edmun¬dem i powiedział:
— Ptasie mleczko dla małego księcia. Ha! ha! ha! ha!
— Zabierz to — odpowiedział Edmund nadąsany. — Nie będę jadł suchego chleba.
Ale Czarownica nagle odwróciła się do niego z tak strasznym wyrazem twarzy, że natychmiast przeprosił i zaczął żuć chleb, tak czerstwy, że trudno było go ugryźć.
— Zatęsknisz jeszcze do chleba, zanim go znowu skosztujesz — powiedziała.
Wciąż jeszcze żuł zeschłą kromkę, kiedy wrócił pier¬wszy karzeł i oznajmił, że sanie są gotowe. Czarownica wstała, rozkazała chłopcu iść za sobą i opuściła komnatę. Kiedy wyszli na dziedziniec, śnieg sypał wciąż gęsto, ale królowa nie zwracała na to uwagi i kazała Edmundowi usiąść w saniach obok siebie. Zanim ruszyli, zawołała Maugrima, który przybiegł natych¬miast i oparł się przednimi łapami o burtę sań, jak pies.
— Weź ze sobą najszybszego z twoich wilków, po¬pędźcie zaraz do domu Bobrów i zabijcie każdego, kogo tam znajdziecie. Jeżeli już ich nie będzie, pobiegnijcie do Kamiennego Stołu, ale tak, żeby was nikt nie wi¬dział. Ukryjcie się tam i czekajcie na mnie. Muszę w tym czasie zrobić wiele mil na zachód, zanim znajdę dogodne miejsce, by przejechać saniami przez rzekę. Gdyby się wam udało dogonić ich, zanim dotrą do Ka¬miennego Stołu, to chyba wiecie, co z nimi zrobić?
— Usłyszałem i jestem posłuszny, o królowo! — warknął wilk i natychmiast skoczył w śnieg i cie¬mność, tak szybko jak koń wyścigowy. W ciągu kilku minut był już — wraz z drugim wilkiem — przy tamie, węsząc przy domku bobrów. Na szczęście, jak już wiecie, dom był pusty. Gdyby nie padający gęsto śnieg, który zasypał wszystkie ślady, stawiałbym dzie¬sięć do jednego, że wilki dogoniłyby naszą piątkę przed dojściem do kryjówki bobrów.
Tymczasem karzeł zaciął reny batem i sanie śmig¬nęły przez wielką bramę w lodowate zimno i cie¬mność. Dla Edmunda, który nie miał płaszcza, była to straszna podróż. Zanim minął kwadrans, cały był oblepiony śniegiem. Z początku próbował go strząsać, ale wkrótce dał spokój, ponieważ natychmiast zbierała się nowa warstwa. Bardzo prędko przemókł do suchej nitki. Och, jaki był biedny! Nic nie wskazywało na to, by Czarownica miała zamiar zrobić go królem. Jakże głupio brzmiało teraz to, co sobie przedtem mó¬wił, aby przekonać samego siebie, że jest dobra i miła oraz że opowiedzenie się po jej stronie jest wyborem strony właściwej! Oddałby wszystko, aby w tej chwili spotkać innych — nawet Piotra! Aby się zupełnie nie pogrążyć w rozpaczy, powtarzał sobie, że musi to być sen, z którego w każdej chwili może się obu¬dzić. I rzeczywiście, gdy tak pędzili w ciemności przed siebie, godzina za godziną, wszystko to coraz bardziej wydawało się złym snem.
Trwało to dłużej, niż mógłbym opisać, gdybym nawet zużył na to p^rę tuzinów stronic. Przejdę więc od razu do czasu, gdy śnieg przestał padać, nadszedł ranek i jechali teraz w świetle szarego, zimowego dnia. Wciąż pędzili i pędzili przed siebie, w głębokiej ciszy, w której słychać było tylko świst śniegu pod płozami i skrzypienie uprzęży. Nagle Czarownica zawołała:
— Hola! A co to takiego? Zatrzymaj się!
Jakże wielką miał Edmund nadzieję, że Czarow¬nica powie teraz coś o śniadaniu! Ale zatrzymała się zupełnie z innego powodu. Nie opodal, pod drzewem, siedziała sobie przy stole wesoła kompania: para wie¬wiórek z trojgiem dzieci, dwa satyry, karzeł i lis. Ed¬mund nie mógł dostrzec wyraźnie, co mają do jedze¬nia, ale pachniało to cudownie. Wydawało mu się, że widzi dekoracje z gałązek świerkowych i coś, co mogło być plackiem ze śliwkami. Kiedy sanie się za¬trzymały, lis — który był najwidoczniej najstarszy w towarzystwie — właśnie wstał, trzymając kielich w łapie, jakby zamierzał coś powiedzieć. W tej samej chwili całe towarzystwo zobaczyło sanie i kto w nich siedzi. Radość natychmiast znikła z ich twarzy. Głowa rodziny wiewiórek zamarła z widelcem w powietrzu, a małe wiewiórki zaczęły piszczeć ze strachu.
— Co to wszystko ma znaczyć?! — zapytała kró¬lowa. Nikt nie odpowiedział. — Odpowiadajcie, nę¬dzne robaki! A może chcecie, aby mój karzeł rozwiązał wam języki batem? Co ma znaczyć to obżarstwo, to marnotrawstwo czasu, to folgowanie swoim żądzom? Skąd macie to wszystko?
— Wasza wysokość raczy wybaczyć — odezwał się wreszcie lis — ale my to wszystko dostaliśmy. I jeżeli mogę się ośmielić... czy wolno mi wznieść to¬ast za najlepsze zdrowie waszej wysokości...
— Kto wam to dał? — krzyknęła Czarownica.
— Śśśświęty Mikołaj — wyjąkał lis.
— Co?! — ryknęła Czarownica, zeskoczyła z sań i zbliżyła się do przerażonych zwierząt. — Nie było go tutaj! Nie mogło go tutaj być! Jak śmiałeś? Ale nie. A więc kłamałeś? No cóż, nawet teraz ci wybaczę.
W tym momencie jedna z małych wiewiórek zu¬pełnie straciła głowę.
— Tak! On skłamał! Skłamał! Skłamał! — za¬skrzeczała, tłukąc łyżeczką w stół. Edmund zobaczył, że Czarownica przygryzła wargi tak, że kropelka krwi spłynęła jej po brodzie. Podniosła różdżkę.
— Och, nie! Nie, błagam! — krzyknął Edmund, ale zanim głos zamarł mu w krtani, machnęła różdżką i oto tam, gdzie jeszcze parę chwil temu odbywało się wesołe przyjęcie, były już tylko kamienne figurki (jedna z kamiennym widelcem zastygłym w połowie drogi do kamiennego pyszczka) siedzące przy kamien¬nym stole, na którym leżały kamienne talerze i ka¬mienny placek ze śliwkami.
— A to dla ciebie — dodała Czarownica, wy¬mierzając Edmundowi siarczysty policzek, gdy już wsiadła z powrotem do sań. — Niech to cię oduczy proszenia o łaskę dla szpiegów i zdrajców. W drogę!
Po raz pierwszy w tej historii Edmund poczuł żal nad kimś innym niż on sam. Jakże to było smutne pomyśleć o tych małych kamiennych figurkach, sie¬dzących pod drzewem przez całe ciche dni i całe ciem¬ne noce, rok po roku, aż w końcu porośnie je mech, a ich twarze pokruszą się ze starości.
I znowu pędzili przed siebie. Wkrótce jednak Ed¬mund zauważył, że płatki śniegu, biegnące im na spot¬kanie i oblepiające ubrania, są jakby większe i bardziej mokre. Jednocześnie stwierdził, że nie jest mu już tak strasznie zimno. Pojawiła się mgła. Rzeczywiście, z każdą chwilą robiło się coraz cieplej i coraz bardziej mglisto, a sanie nie mknęły już po śniegu tak chyżo jak dotąd. W pierwszej chwili pomyślał, że reny są już po prostu zmęczone, ale wkrótce zrozumiał, że nie to było pra¬wdziwą przyczyną wolniejszego tempa. Płozy zgrzy¬tały, ślizgały się i podskakiwały, jakby napotykały ka¬mienie, a chociaż karzeł okładał biedne reny batem, zwierzęta biegły coraz wolniej i wolniej. Naokoło roz¬legały się dziwne dźwięki, ale hałas, jaki teraz robiły sanie i krzyki karła, przynaglającego reny do biegu, nie pozwalały Edmundowi rozpoznać, co to jest. Na¬gle sanie zgrzytnęły straszliwie po raz ostatni, gwał¬townie w coś uderzyły i zatrzymały się. Dalej nie moż¬na już było jechać. Zapanowała cisza i teraz chłopiec mógł już wsłuchać się w owe dziwne dźwięki. Dziwny, słodki, szumiący i świergotliwy szmer — dziwny, a przecież nieobcy, kiedyś już go słyszał — gdyby tylko przypomniał sobie, gdzie! Ależ tak, to szmer płynącej wody! Wszędzie naokoło, choć jeszcze nie¬widoczne, płynęły strugi i strumienie — świergocą¬ce, mruczące, pluskające i bulgoczące, a nawet (w od¬dali) ryczące. Edmundowi drgnęło coś w sercu (cho¬ciaż nie bardzo wiedział dlaczego), kiedy zdał sobie sprawę z tego, że mróz ustąpił. A jeszcze bliżej sły¬chać było wszędzie klip-klip-klip z gałęzi drzew. I na¬gle, kiedy wpatrywał się w jedno z drzew, wielka śniegowa czapa zsunęła się z gałęzi i z głośnym pacnięciem spadła na ziemię. Po raz pierwszy, odkąd przybył do Narnii, zobaczył ciemną zieleń jodły. Nie miał jed¬nak czasu, by nasłuchiwać i obserwować te wszystkie zmiany dłużej, gdyż Czarownica powiedziała:
— Przestań się tak gapić! Wyłaź z sań i pomóż mu!
I oczywiście Edmund musiał być posłuszny. Ze¬skoczył w śnieg — była to teraz mokra breja — i zaczął pomagać karłowi krzątającemu się przy saniach. W końcu udało się im wyciągnąć sanie z błot¬nistej dziury, w której się zaryły. Znęcając się okrutnie nad renami, karzeł zdołał je zmusić do dalszego biegu. Teraz śnieg już naprawdę topniał w oczach, a wszędzie naokoło zaczęły pojawiać się plamy zielonej trawy. Dopóki nie przyjdzie wam patrzyć na śnieżny świat tak długo jak Edmundowi, dopóty trudno wam będzie wyobrazić sobie ulgę, jaką mu sprawiały te zielone plamy po nie kończącej się bieli. Wtem sanie zatrzy¬mały się ponownie.
— Nie damy rady, wasza wysokość — powie¬dział karzeł. — Nie możemy jechać saniami przez to błoto.
— A więc będziemy szli pieszo — odpowiedzia¬ła Czarownica.
— Nigdy ich nie prześcigniemy, idąc pieszo — burknął karzeł. — Mieli lepszy start.
— Jesteś moim doradcą czy moim niewolnikiem? Rób, co ci każę. Zwiąż temu ludzkiemu pomiotowi ręce na plecach i trzymaj mocno koniec sznura. I weź swój bat. Odetnij uprząż renom, same znajdą drogę z powrotem.
Karzeł posłuchał i za chwilę Edmund był zmu¬szony iść tak szybko, jak tylko mógł, z rękami zwią¬zanymi na plecach. Co kilka kroków ślizgał się po rozmokłym śniegu, błocie i mokrej trawie, a za każ¬dym razem karzeł miotał pod jego adresem przekleń¬stwa albo nawet chlastał go batem. Czarownica szła za karłem, powtarzając co jakiś czas:
— Szybciej! Szybciej!
Z każdą minutą plamy zielonej trawy robiły się coraz większe, a śniegu było coraz mniej. Z każdą
minutą coraz więcej drzew zrzucało swoje śnieżne ko¬żuchy. Wkrótce, gdzie tyl¬ko można było okiem sięg¬nąć, zamiast białych kształ¬tów widniały ciemnozielone jodły albo czarne gałęzie nagich jeszcze dębów, bu¬ków i wiązów. Potem biała dotąd mgła zrobiła się złocista, a w końcu rozwiała się zupełnie. Fale cudownego słonecznego światła zalały poszycie puszczy, a nad głowami, mię¬dzy wierzchołkami drzew, za¬jaśniało błękitne niebo.
Wkrótce zdarzyło się jesz¬cze więcej cudownych rzeczy.
W pewnym momencie, kiedy doszli do skraju zagaj¬nika srebrnych brzóz, Edmund zobaczył murawę po¬krytą wszędzie żółtymi kwiatkami — chelidoniami. Plusk wody stawał się coraz głośniejszy; w końcu mu¬sieli się przedostać przez prawdziwy strumień. Rosły nad nim kwitnące przebiśniegi.
— Pilnuj swego nosa! — warknął karzeł i szarp¬nął sznurem, gdy zobaczył, że Edmund odwrócił gło¬wę, aby na nie spojrzeć.
Ale oczywiście nie mógł mu przeszkodzić w wi¬dzeniu tych wszystkich dziwów.
Nie minęło pięć minut, gdy dostrzegł z tuzin zło¬tych, purpurowych i białych krokusów, rosnących wo¬kół jakiegoś starego drzewa. Potem usłyszał dźwięk jeszcze słodszy od pluskania wody. Tuż przy ścieżce, którą szli, zaćwierkał nagle z gałęzi jakiś ptaszek i na¬tychmiast odpowiedział mu trochę dalej drugi. I wów¬czas, jakby to był sygnał, rozległo się ze wszystkich stron ćwierkanie i świergotanie, a za chwilę cały las rozbrzmiewał śpiewem ptaków, a gdziekolwiek Ed¬mund spojrzał, widział ptaki ulatujące z gałęzi albo szybujące nad głowami, albo ścigające się nawzajem, albo sprzeczające się żartobliwie między sobą, albo układające sobie dzióbkami piórka.
— Szybciej! Szybciej! — poganiała ich Czarow¬nica.
Teraz nie było już ani śladu mgły. Niebo stawało się coraz bardziej błękitne i pojawiły się białe obłoki. Na rozległych polanach wyrastały z trawy pierwiosn¬ki. Powiał lekki wiaterek, zdmuchujący krople soku z kołyszących się gałęzi drzew i przynoszący ze sobą jakieś cudowne, orzeźwiające wonie. Drzewa zaczęły odżywać na dobre. Modrzewie pokrywały się zielenią, szczodrzeńce złotem. Wkrótce buki wypuściły deli¬katne, przezroczyste listki. Kiedy pod nimi szli, świat¬ło również pozieleniało. Naokoło bzykały pszczoły, uga¬niające się za swoimi sprawami.
— To nie jest odwilż — powiedział karzeł, nagle zatrzymując się. — To WIOSNA. Co teraz zrobimy? Twoja zima została zniweczona, mówię ci! To robota Aslana.
— Jeżeli któryś z was jeszcze raz wymówi to imię — wycedziła przez zęby Czarownica — to go zabiję bez ostrzeżenia.


Góra
Zobacz profil  
 
 Tytuł: Rozdział 12: Pierwsza walka Piotra
PostNapisane: 2008-06-26, 13:19 
Czytelnik
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2008-06-26, 12:54
Posty: 133
Lokalizacja: Bełchatów
Rozdział 12
PIERWSZA WALKA PIOTRA



W TYM SAMYM CZASIE, daleko od miejsca, w którym karzeł i Biała Czarownica prowadzili tę rozmowę, pań¬stwo Bobrowie i trójka dzieci zagłębiali się z każdą godziną coraz bardziej w krainę z cudownego snu. Już dawno rozstali się z płaszczami i zmęczyli się już ciągłymi okrzykami w rodzaju: „Patrzcie! Zimoro¬dek!" albo „O! Dzwonki!", albo „Co tak rozkosznie pachnie?", albo „Tylko posłuchajcie tego drozda!" Te¬raz szli w milczeniu, chłonąc w siebie to wszystko, przechodząc przez plamy ciepłego, słonecznego świat¬ła, a potem przez chłodne, zielone gąszcze, i znowu przez wyścielone samym mchem wysokopienne lasy, pod zielonym dachem listowia wiązów, potem przez gęste chaszcze dzikich porzeczek i głogów obsypanych kwiatami, gdzie słodki zapach odurzał jak wino.
Jak Edmund, tak i oni zdumiewali się, gdy zo¬baczyli, że zima nagle ustępuje, a cały las przechodzi w kilka godzin to, co zwykle dzieje się od stycznia do maja. Nie wiedzieli nawet z całą pewnością (o czym wiedziała Czarownica), że wszystko to związane jest z przybyciem do Narnii Aslana. Wiedzieli jednak, że to jej zaklęcie dało ongiś początek nie kończącej się zimie, a stąd łatwo im było wywnioskować, że ta rap¬towna wiosna oznacza coś bardzo niedobrego dla niej i dla jej planów. Po jakimś czasie zdali sobie też spra¬wę, że Czarownica nie będzie już mogła posługiwać się saniami. Nie musieli się już tak bardzo spieszyć i pozwalali sobie na częstsze i dłuższe odpoczynki. Byli już oczywiście porządnie zmęczeni, ale wciąż je¬szcze mogli iść dalej. Przepełniała ich senność, ociꬿałość i dziwny spokój — tak jak się to dzieje, gdy nadchodzi wieczór po długim dniu spędzonym na świeżym powietrzu. Zuzannie zrobił się mały pęcherz na pięcie.
Od pewnego czasu nie wędrowali już z biegiem wielkiej rzeki, ponieważ aby dojść do Kamiennego Stołu, trzeba było skręcić trochę w prawo (czyli na południe). I tak zresztą nie mogliby iść dalej wzdłuż rzeki, którą nagła odwilż zamieniła we wspaniały, grzmiący i ryczący żółty potok, toczący się całą sze¬rokością doliny. Wąska ścieżka, którą uprzednio szli, była już z pewnością pod wodą.
A teraz słońce było już nisko, jego blask poczer¬wieniał, cienie wydłużyły się, a kwiaty zaczynały my¬śleć o zamknięciu kielichów.
— Już niedaleko — powiedział pan Bóbr i po¬prowadził ich w górę zbocza, po miękkim, zapadającym się głęboko mchu, sprawiającym ulgę zmęczonym no¬gom. Rosły tu tylko pojedyncze, bardzo wysokie drze¬wa. Ta wspinaczka pod koniec długiej, całodziennej wę¬drówki porządnie ich wymęczyła. Wszyscy dyszeli ciężko, a Łucja zastanawiała się właśnie poważnie, czy zdoła wejść na tę górę bez jeszcze jednego dłuższego odpoczynku, gdy nagle zorientowała się, że są już na szczy¬cie. I oto, co tam zobaczyli.
Znajdowali się na zielonym, bezdrzewnym płasko¬wyżu. W dole, jak okiem sięgnąć, rozciągała się pu¬szcza — tylko z jednej strony, na wschodzie, widać było coś innego, coś połyskliwego i ruchliwego.
— Nie do wiary! Przecież to morze! — wyszep¬tał Piotr do Zuzanny.
A w samym środku zielonej przestrzeni wznosił się Kamienny Stół. Była to olbrzymia płyta z szarego ka¬mienia, wsparta na czterech głazach. Wyglądała na bardzo starą: pokrywały ją dziwne ornamenty i znaki, przywodzące na myśl litery jakiegoś nieznanego alfa¬betu. Z boku, na zielonej murawie, rozpięto wielki na¬miot. Był to wspaniały widok — zwłaszcza teraz, gdy prześwietlały go promienie zachodzącego słońca: na¬miot z żółtego jedwabiu, ze szkarłatnymi wiązaniami i drążkami z kości słoniowej. Nad nim, na wysokim maszcie, pobłyskiwał proporzec z czerwonym lwem wspiętym na dwu łapach, powiewający w bryzie od dalekiego morza, chłodzącej im łagodnie twarze. I kie¬dy tak stali, urzeczeni tym widokiem, usłyszeli muzykę dochodzącą z prawej strony, a kiedy się obrócili, zo¬baczyli to, co było celem ich wędrówki.
W środku półkola, utworzonego przez tłum naj¬różniejszych dziwnych istot, stał Aslan. Były tam nim¬fy leśne i nimfy wodne (driady i najady, jak je zwą w naszym świecie) z instrumentami przypominający¬mi harfy: to właśnie spod ich palców płynęła owa słod¬ka muzyka. Były tam również cztery wielkie centaury; od pasa w dół przypominały rosłe konie używane na angielskich farmach, od pasa w górę — groźne, lecz wspaniale olbrzymy. Był tam również jednorożec, byk z głową mężczyzny, i pelikan, i orzeł, i wielki pies. Tuż obok Aslana stały dwa leopardy; jeden trzymał koronę, drugi sztandar.
Jeżeli chodzi o samego Aslana, to ani dzieci, ani bobry nie wiedziały, co zrobić lub co powiedzieć, kie¬dy go zobaczyły. Temu, kto nigdy nie był w Narnii, trudno pojąć, że coś może być jednocześnie i dobre, i groźne. A jeśli dzieci nigdy by w to nie uwierzyły, to teraz były wyleczone ze swojej niewiary. Kiedy spojrzały na twarz Aslana, dostrzegły tylko błysk zło¬tej grzywy i jego wielkie, królewskie, poważne i prze¬nikliwe oczy. Trwało to krótko, bo każde z nich zdało sobie szybko sprawę z tego, że nie może patrzyć w te oczy. Ogarnął je dziwny lęk.
— No, dalej — szepnął pan Bóbr.
— Nie — szepnął w odpowiedzi Piotr. — Pan najpierw.
— Nie, Synowie Adama przed zwierzętami — wy¬szeptał znowu pan Bóbr.
— Zuzanno — Piotr zwrócił się po cichu do sio¬stry — może ty? Panie mają pierwszeństwo.
— Nie, ty jesteś najstarszy — odpowiedziała. I oczywiście im dłużej to trwało, tym bardziej czuli się zmieszani. Wreszcie Piotr zrozumiał, że to jednak jego chwila. Wydobył miecz z pochwy, podniósł go w ge¬ście pozdrowienia, wycedził przez zęby do reszty: „Da¬lej! Razem naprzód!", podszedł do Lwa i powiedział:
— Przyszliśmy, Aslanie!
— Witaj, Piotrze, Synu Adama — odpowiedział Aslan. — Witajcie, Zuzanno i Łucjo, Córki Ewy! Wi¬tajcie, Bobrowie!
Jego głos był głęboki i bogaty i w jakiś sposób napełnił ich spokojem. Już nie czuli zakłopotania i lę¬ku, kiedy tak stali przed nim i nic nie mówili.
— Ale gdzie jest czwarty? — zapytał Aslan.
— Próbował ich zdradzić i przeszedł na stronę Białej Czarownicy, Aslanie — powiedział pan Bóbr.
I wtedy coś kazało Piotrowi powiedzieć:
— To częściowo moja wina, Aslanie. Byłem zły na niego i myślę, że to go popchnęło w niedobrą stronę.
A Aslan nie powiedział nic, aby Piotra oskarżyć lub potępić, lecz tylko stał, patrząc na niego swoimi wielkimi, nieruchomymi oczami. I wszyscy odczuli, że nie ma tu już nic więcej do powiedzenia.
— Aslanie, proszę cię bardzo — powiedziała na¬gle Łucja — czy nie można nic uczynić, aby urato¬wać Edmunda?
— Wszystko zostanie uczynione — powiedział Aslan — chociaż może się to okazać cięższe, niż ci się zdaje. — I znowu zamilkł na jakiś czas. Aż do tej chwili wydawał się Łucji przede wszystkim nie¬zwykle królewski, silny i pełen spokoju; teraz pomy¬ślała, że jest również z jakiegoś powodu smutny. Ale w chwilę potem to wrażenie minęło. Lew wstrząsnął grzywą, klasnął w przednie łapy („Cóż to za straszne łapy — pomyślała Łucja — dobrze chociaż, że ma schowane pazury") i powiedział:
— Ale tymczasem przygotujmy się do uczty. Pa¬nie niech zaprowadzą Córki Ewy do namiotu i po¬mogą im we wszystkim.
Kiedy dziewczynki odeszły, Aslan położył łapę na ramieniu Piotra (pazury miał oczywiście głęboko ukryte, ale chłopiec ugiął się pod jej ciężarem).
— Chodź ze mną, Synu Adama. Pokażę ci z od¬dali zamek, który będzie twoją królewską siedzibą.
Poszli ku wschodniemu brzegowi szczytu — Piotr wciąż z mieczem w dłoni — skąd rozciągał się wspa¬niały widok. Słońce zachodziło za ich plecami i cała kraina u ich stóp zalana była jego czerwonozłotym światłem: lasy, wzgórza, doliny i — wijąca się jak srebrny wąż — wielka rzeka. A daleko, daleko, poza tym wszystkim, było morze, a za morzem niebo pełne różowiejących już obłoków. A tam, gdzie kraina Narnii graniczyła z morzem, u ujścia wielkiej rzeki, jaś¬niało coś złociście na niewielkim wzgórzu. Był to za¬mek, a blask pochodził z odbicia promieni słonecznych w jego oknach, lecz Piotrowi wydało się, że to wielka gwiazda, spoczywająca na morskim brzegu.
— Oto, Synu Adama — odezwał się Aslan — Ker-Paravel czterech tronów. Na jednym z nich ty masz zasiąść jako król. Pokazuję ci to, bo jesteś pier¬worodnym z całego rodzeństwa i jako ten będziesz Wielkim Królem, władcą nad innymi.
I tym razem Piotr nic na to nie odpowiedział, po¬nieważ nagle rozległ się dziwny głos przypominający dźwięk trąbki, choć o wiele od niego bogatszy.
— To róg twojej siostry — powiedział Aslan ni¬skim głosem, tak niskim, że można by go właściwie nazwać mruczeniem, jeśliby to nie miało oznaczać braku szacunku wobec Lwa.
W pierwszej chwili Piotr nie zrozumiał, o co chodzi. Potem, gdy zobaczył innych, biegnących ze wszy¬stkich stron, i usłyszał ryk Aslana: „Do tyłu! Niech książę zdobędzie swe ostrogi!", wreszcie zrozumiał i za¬czął biec, jak tylko mógł najszybciej, do namiotu. A tam zobaczył straszną scenę.
Najady i driady rozpierzchły się we wszystkie stro¬ny. Łucja biegła ku niemu, ile tylko miała sił w krót¬kich nóżkach, a jej twarz była biała jak papier. Potem zobaczył Zuzannę, jak wyskakuje z namiotu, biegnie do najbliższego drzewa, chwyta się jednej z niższych gałęzi i podciąga do góry. Za nią pędziła jakaś olbrzymia szara bestia. Najpierw wydawało mu się, że to niedźwiedź. Potem stwierdził, że zwierzę przypo¬mina bardziej owczarka alzackiego, tyle że było o wie¬le za duże jak na psa. Wreszcie zrozumiał, że to wilk, stojący już teraz na dwu łapach, przednimi oparty o pień drzewa, warczący i kłapiący zębami, z sierścią zjeżoną na karku. Jedna ze stóp Zuzanny zwisała za¬ledwie o kilkanaście centymetrów od jego rozwartej paszczy. Piotr zastanawiał się przez moment, dlaczego jego siostra nie wspina się wyżej lub przynajmniej nie podciągnie nóg, zaraz jednak zrozumiał, że była bliska omdlenia. Oznaczało to, że za chwilę spadnie — prosto na tę wściekłą bestię.
Piotr nie czuł się wcale mężnie; zrobiło mu się słabo. Nie mogło to jednak mieć żadnego wpływu na to, co musiał zrobić. Natarł na potwora mieczem i wymierzył cios w jego bok. Ale uderzenie nie dosięgło wilka. Jak szara błyskawica okręcił się wokół siebie, przez moment zamarł w bezruchu, wpatrując się w chłopca płonącymi ślepiami, i rozwarł paszczę w ryku wściekłości. Gdyby wilk nie był tak rozwścieczony, że przed atakiem po prostu musiał wydać z siebie ów ryk, to z pewnością schwyciłby Piotra za gardło w sekundę po chybionym ciosie. Ale teraz — choć wszystko to stało się zbyt prędko, by Piotr miał czas o tym pomyśleć — chło¬piec mógł zrobić szybki unik, a następnie z całej siły wbić miecz między przednie łapy bestii. To, co działo się później, przypominało kilka chwil z jakiegoś kosz¬marnego snu. Czuł potężne szarpnięcie i napór szarego cielska, nie wiedział, czy wilk jest żywy, czy martwy. Widział jego lśniące kły tuż przed swoją twarzą, w koń¬cu wszystko zamieniło się w krew, sierść i gorąco. W chwilę później potwór leżał martwy u jego stóp. Piotr wyciągnął z niego miecz, wyprostował się i otarł pot z twarzy. Poczuł straszliwe zmęczenie.
A potem Zuzanna zeskoczyła z drzewa i padła mu w objęcia. Nie wstyd przyznać, że teraz obojgu trzęsły się nogi i że nie zabrakło pocałunków i łez. Ale w Narnii nikt nie myślał o tym gorzej od was.
— Szybko! Szybko! — zagrzmiał głos Aslana. — Centaury! Orły! Widzę drugiego wilka w zaroślach. O tam — za wami! Właśnie ucieka! Wszyscy za nim! Ucieknie do swojej pani. Teraz wy macie szansę od¬naleźć Czarownicę i uwolnić czwartego Syna Adama.
I oto nagle, z hukiem kopyt i łopotem skrzydeł, około tuzina najszybszych istot znikło w gęstniejących ciemnościach. Piotr, wciąż jeszcze ciężko dysząc, od¬wrócił się i zobaczył Aslana tuż obok siebie.
— Zapomniałeś oczyścić swój miecz — powie¬dział Aslan.
Była to prawda. Piotr wzdrygnął się, gdy spojrzał na białą klingę i zobaczył, że cała powalana jest krwią i sierścią. Schylił się i wytarł ją do czysta o trawę, a potem jeszcze o swój płaszcz.
— A teraz daj mi swój miecz i uklęknij, Synu Adama — rzekł Aslan.
I kiedy Piotr to uczynił, Lew uderzył go płaską stroną klingi w ramię i powiedział:
— Powstań, Piotrze, Pogromco Wilka. A odtąd — cokolwiek się stanie — nigdy nie zapominaj o wy¬tarciu swego miecza.


Góra
Zobacz profil  
 
 Tytuł: Rozdział 13: Wielkie czary z zamierzchłych czasów
PostNapisane: 2008-06-26, 13:21 
Czytelnik
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2008-06-26, 12:54
Posty: 133
Lokalizacja: Bełchatów
Rozdział 13
WIELKIE CZARY Z ZAMIERZCHŁYCH CZASÓW


A TERAZ MUSIMY WRÓCIĆ DO EDMUNDA. Nigdy przedtem nie wyobrażał sobie, by ktokolwiek mógł wytrzymać tak długą wędrówkę, do jakiej go teraz zmuszono. Wreszcie Czarownica zatrzymała się w ja¬kimś mrocznym wąwozie ocienionym jodłami i cisa¬mi, a chłopiec upadł po prostu twarzą na ziemię i leżał tak, nie myśląc już o tym, co będzie dalej, byleby tylko pozwolono mu nie ruszać się z miejsca. Był tak zmęczony, że zapomniał nawet o głodzie i pragnieniu. Opodal niego Czarownica i karzeł rozmawiali przy¬ciszonymi głosami.
— Nie — powiedział karzeł — to się już nie uda, królowo. Teraz są już na pewno przy Kamien¬nym Stole.
— Może wilk zwietrzy nas i przyniesie nam wia¬domości.
— Obawiam się, że nie będą to dobre wiadomo¬ści, nawet gdyby nas odnalazł.
— Na Ker-Paravelu są cztery trony — powie¬działa Czarownica. — A więc, jeśli tylko trzy zostaną zajęte, przepowiednia się nie spełni.
— Cóż to ma za znaczenie, odkąd ON jest tutaj? — odpowiedział karzeł. Nawet teraz nie ośmielił się przed swą panią nazwać Aslana po imieniu.
— Nie zostanie tu długo. A potem napadniemy na tych w Ker.
— A czy nie byłoby lepiej — wtrącił karzeł — trzymać tego tu — i kopnął Edmunda — na przetarg?
— Tak! I dać im go odbić! — zauważyła zgryź¬liwie Czarownica.
— A więc zróbmy lepiej od razu to, co mamy zrobić.
— Chciałabym to zrobić na Kamiennym Stole. To jest właściwe miejsce. Tam to zawsze robiono.
— Upłynie jeszcze wiele czasu, zanim będziemy mogli składać krwawe ofiary na Kamiennym Stole.
— Masz rację — powiedziała Czarownica, a po chwili dodała: — Tak, musimy to zrobić.
I w tym momencie z gardłowym skowytem wpadł między nich wilk.
— Widziałem ich. Są wszyscy przy Kamiennym Stole — razem z NIM. Zabili mojego kapitana, Maugrima. Schowałem się w krzakach i wszystko widzia¬łem. Zabił go jeden z Synów Adama. Uciekajmy! Ucie¬kajmy!
— Nie — powiedziała Czarownica. — Nie ma potrzeby uciekać. Biegnij i zwołaj wszystkich naszych poddanych. Niech przybędą tu tak szybko, jak po¬trafią. Wezwij olbrzymów i wilkołaki, i duchy tych drzew, które są po naszej stronie. Wezwij ghule i upiory, ogry i minotaury. Wezwij srożyce, wiedźmy, widma i lud spod muchomorów. Będziemy walczyć. Cóż to? Czyżbym już nie miała swojej różdżki? Czy nie wiesz, że zamienię ich szeregi w kamień, nawet jeśli nas za¬atakują? Ruszaj szybko, mam tu pewną rzecz do za¬łatwienia.
Wielka bestia pochyliła krótko łeb, odwróciła się i odbiegła wielkimi susami.
— A więc — powiedziała Czarownica — nie ma¬my stołu. Niech no się rozejrzę. Lepiej będzie przy¬wiązać go do drzewa.
Edmund został brutalnie postawiony na nogi. Ka¬rzeł przycisnął go do pnia drzewa i mocno przywiązał. Chłopiec zobaczył, że Czarownica zrzuca swój płaszcz. Jej ramiona były przeraźliwie białe — tak białe, że widział je dobrze w mrocznym cieniu, choć nie mógł już dostrzec niczego więcej.
— Przygotuj ofiarę — rozkazała Czarownica. Ka¬rzeł rozpiął mu kołnierz i zebrał koszulę na karku. Potem chwycił go za włosy i odchylił mu głowę w tył. I wtedy Edmund usłyszał dziwny dźwięk: uiiiizzzz — uiiiizzzz — uiiiizzz. W pierwszej chwili nie wiedział, co ten dźwięk oznacza. Potem zrozumiał. Był to od¬głos ostrzenia noża.
I niemal w tej samej chwili usłyszał ze wszystkich stron głośne krzyki — tętent kopyt i łopot skrzydeł — jęk Czarownicy — zamieszanie wokoło. Potem poczuł, że ktoś go odwiązuje. Otoczyły go czyjeś silne ramiona i usłyszał mocne, ale przyjemne głosy:
— Połóżcie go na trawie — dajcie mu trochę wi¬na — wypij to teraz — leż spokojnie — przyjdziesz do siebie w ciągu minuty.
Potem głosy zwracały się już nie do niego, lecz rozmawiały między sobą:
— Kto złapał Czarownicę? — Myślałem, że ty.
— Nie widziałem jej, odkąd wytrąciłem jej nóż z ręki.
— Goniłem karła. — Czy to znaczy, że uciekła? — Trudno się od razu połapać. — Co to jest? — Och, nie, nie, to tylko stary pniak.
Ale w tym momencie Edmund przestał słyszeć co¬kolwiek, gdyż zemdlał ze strachu i wyczerpania.
Centaury, jednorożce, jelenie i ptaki (była to oczy¬wiście owa grupa pościgowa, wysłana przez Aslana za wilkiem przy końcu poprzedniego rozdziału) wy¬ruszyły w drogę powrotną, unosząc chłopca ze sobą. Gdyby jednak wiedziały, co stało się w wąwozie, który opuściły!
W wąwozie zapanowała głęboka cisza. Nagle za¬świecił księżyc i gdybyście tam byli, zobaczylibyście, jak jego światło pada na stary pniak i sporych rozmia¬rów głaz. Ale gdybyście patrzyli dłużej, musiałoby wam przyjść do głowy, że jest coś dziwnego w tym pniaku i w tym głazie. A potem zaczęlibyście się zastanawiać, czy ten pniak nie przypomina czasem małego, grubego człowieczka przycupniętego przy ziemi. A gdybyście obserwowali dość długo, zobaczylibyście, jak pniak wę¬druje sobie do głazu, a głaz podnosi się i zaczyna roz¬mawiać z pniakiem. Bo w rzeczywistości pniak był karłem, a głaz Czarownicą. Była to jedna z jej magicznych sztuczek, dzięki której mogła sprawiać, że różne rzeczy zmieniały swój wygląd. Uczyniła to wtedy, kiedy wytrą¬cono jej nóż z ręki. Nie wypuściła jednak swojej różdżki.
Kiedy pozostałe dzieci obudziły się następnego ranka (spały na stosach poduszek w wielkim namio¬cie), pierwszą rzeczą, o jakiej się dowiedziały (od pani Bobrowej), było to, że w nocy ich brat został odbity i przyniesiony do obozu; teraz rozmawia z nim Aslan. Gdy tylko zjadły śniadanie, wyszły na zewnątrz i zo¬baczyły Aslana spacerującego z Edmundem po mokrej od rosy trawie, z dala od reszty dworu. Nie sądzę, abym musiał wam opowiadać, co mu Aslan powie¬dział (nikt tego zresztą nie słyszał), ale była to w każ¬dym razie rozmowa, której Edmund nigdy nie zapo¬mni. Kiedy dzieci zbliżyły się, Aslan zwrócił się w ich stronę i popchnął ku nim Edmunda.
— Oto wasz brat. Nie ma już potrzeby wracać do tego, co było.
Edmund uścisnął każdemu rękę i każdemu powie¬dział: „Bardzo mi przykro", i każdy odpowiedział: „Już wszystko w porządku". A potem każdy chciał powiedzieć coś takiego, po czym byłoby już zupełnie jasne, że znowu jest ich przyjacielem — coś prostego i naturalnego — i oczywiście nikt nie mógł czegoś takiego wymyślić. Ale zanim zdążyło to ich wprawić w kompletne zmieszanie, jeden z leopardów zbliżył się do Aslana i powiedział:
— Miłościwy panie, przybył poseł wroga i prosi o posłuchanie.
— Niech się zbliży — odpowiedział Aslan. Leopard odszedł i wkrótce powrócił, prowadząc karła
Czarownicy.
— Co masz nam do powiedzenia, Synu Ziemi? — zapytał Aslan.
— Królowa Narnii i Cesarzowa Samotnych Wysp pragnie tu przybyć i odbyć z tobą rozmowę na temat, który jest przedmiotem zainteresowania obu stron; w związku z tym żąda, byś zapewnił jej na ten czas nietykalność.
— Królowa Narnii, dobre sobie! — wtrącił pan Bóbr. — Te wszystkie bezczelne...
— Spokój, Bobrze! — powiedział Aslan. — Już niedługo wszystkie imiona i tytuły zostaną zwrócone ich prawowitym właścicielom. Na razie nie będziemy o tym rozmawiać. Powiedz swojej pani, Synu Ziemi, że przyrzekam jej bezpieczeństwo, pod warunkiem że zostawi swoją różdżkę pod tamtym dębem.
Karzeł zgodził się i dwa leopardy poszły razem z nim do Białej Czarownicy, aby upewnić się, że warunek zostanie spełniony.
— Ale czy ona przypadkiem nie zamieni ich w po¬sągi? — szepnęła Łucja do Piotra. Myślę, że to samo przyszło do głowy i leopardom; w każdym razie kro¬czyły ostrożnie, z najeżoną sierścią i napuszonymi ogo¬nami — jak koty, które zobaczyły obcego psa.
— Nic im się nie stanie — odpowiedział rów¬nież szeptem Piotr. — Gdyby im coś groziło, toby Aslam ich nie wysłał.
W kilka minut później sama Czarownica pojawiła się na szczycie wzgórza, przeszła przez otwartą prze¬strzeń i stanęła przed Aslanem. Na widok jej twarzy ciarki przebiegły po plecach trójce dzieci, które zo¬baczyły ją po raz pierwszy. Dało się również słyszeć stłumiony pomruk wśród wszystkich zwierząt. Pomi¬mo pełnego słońca wszystkich przeszył chłód. Tylko dwie osoby pozostały niewzruszone: Aslan i sama Cza¬rownica. Było coś niesamowitego w widoku tych dwu twarzy, złotej i martwobiałej, tak blisko siebie. Ale — jak nie omieszkał zauważyć pan Bóbr — Cza¬rownica nie patrzyła Aslanowi w oczy.
— Masz tu zdrajcę, Aslanie — powiedziała. Nikt nie miał wątpliwości, że chodzi o Edmunda. Ale Ed¬mund miał już poza sobą poważne przemyślenie swo¬jego postępowania po tym wszystkim, co przeszedł, i po porannej rozmowie z Aslanem. Teraz nie odrywał od niego oczu. Nie obchodziło go wcale, o czym mówi Czarownica.
— No cóż — odrzekł Aslan — nie ciebie zdradził.
— Czyżbyś zapomniał o Wielkich Czarach? — zapytała.
— Powiedzmy, że zapomniałem — odpowiedział Aslan chłodno. — Opowiedz nam o Wielkich Czarach.
— Opowiedzieć ci? — głos Czarownicy przeszedł nagle w pisk. — Opowiedzieć ci, co jest wyryte na głębokość ostrza włóczni na krzemiennych głazach Ta¬jemnego Wzgórza? Powiedzieć ci, co jest napisane na berle Władcy-Zza-Morza? Znasz przecież Prawo, któ¬re Władca ustanowił w Narnii na samym początku. Wiesz, że każdy zdrajca do mnie należy jako moja pra¬wowita zdobycz i ze za każdą zdradę mam prawo zabić.
— Ach — wtrącił pan Bóbr — więc to DLA¬TEGO wyobrażasz sobie, że jesteś królową, ponieważ jesteś katem Władcy... Rozumiem.
— Spokój, Bobrze! — powiedział Aslan, a sło¬wom tym towarzyszył cichy, lecz groźny pomruk.
— Tak więc — ciągnęła Czarownica — to lu¬dzkie stworzenie do mnie należy. Jego życie jest w mo¬ich rękach. Jego krew jest moją własnością.
— Więc chodź i spróbuj go wziąć — zaryczał jeden z byków o ludzkiej głowie.
— Głupcze! — warknęła Czarownica z okrut¬nym uśmiechem. — Czy myślisz, że twój pan może mi siłą wydrzeć moje prawa? On dobrze zna Wielkie Czary. Wie, że jeśli nie dostanę tej krwi, jak nakazuje Prawo, to cała Narnia zapadnie się i zniknie w ogniu i wodzie.
— To prawda — powiedział Aslan. — Nie za¬przeczam temu.
— Och, Aslanie! — szepnęła Zuzanna do jego ucha. — Czy nie możemy... to znaczy, czy ty nie możesz... możesz, prawda? Możesz coś zrobić z tymi Wielkimi Czarami? Czy nie ma nic takiego, co by można przeciw nim zrobić?
— Zrobić coś przeciw Czarom Władcy? — za¬pytał Aslan i odwrócił się do niej z dziwnym, jakby nieco groźnym wyrazem twarzy. I nikt już nie wspo¬mniał nic więcej na ten temat.
Edmund stał po drugiej stronie, wpatrując się w nie¬go przez cały czas. Czuł, że coś dławi go w gardle, a jednocześnie zastanawiał się gorączkowo, czy nie po¬winien się odezwać. Zaraz jednak wyczuł, że nie ocze¬kiwano od niego niczego więcej poza milczeniem i zro¬bieniem tego, co mu powiedzą.
— Cofnijcie się wszyscy! — zawołał Aslan. — Chcę porozmawiać z Czarownicą sam na sam.
Wszyscy posłuchali. Był to straszny okres ocze¬kiwania, podczas gdy Lew i Czarownica rozmawiali ze sobą przyciszonymi głosami, z wielką powagą na twarzach. Łucja krzyknęła cicho: „Och, Edmundzie!" i rozpłakała się. Piotr odwrócił się do wszystkich ple¬cami i wpatrywał się w odległe morze. Bobry stały obok siebie ze zwieszonymi głowami, trzymając się za łapy. Centaury przebierały niespokojnie kopytami. Ale w końcu zapanowała głęboka cisza, tak że można było usłyszeć buczenie przelatującego trzmiela, śpiew pta¬ków w lasach na zboczach wzgórza i szelest liści na wietrze. Rozmowa wciąż trwała. Wreszcie usłyszeli głos Aslana.
— Możecie wszyscy wrócić! Sprawa została zała¬twiona. Ona zrzekła się roszczeń do krwi waszego bra¬ta. — I po całym wzgórzu rozległ się taki odgłos, jakby przedtem wszyscy wstrzymali oddechy, a teraz jednocześnie wypuścili powietrze z płuc. Potem dał się słyszeć szmer przyciszonych rozmów.
Na twarzy Czarownicy malował się okrutny triumf. Zamierzała już odejść, lecz w ostatniej chwili odwró¬ciła się raz jeszcze i powiedziała:
— Jaką mogę jednak mieć pewność, że twoja obiet¬nica zostanie spełniona?
— Rrrrrrrooouuughhh! — zaryczał Aslan, pod¬nosząc się ze swojego tronu; jego wielka paszcza otwie¬rała się coraz szerzej i szerzej, a ryk był coraz bardziej i bardziej potężny, aż Czarownica, popatrzywszy przez chwilę na tę rozwartą paszczę, zebrała suknię ręką i uciekła ze wzgórza, w obawie o swe życie.


Góra
Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: 2008-06-26, 16:00 
Władca ksiąg
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2006-07-18, 21:54
Posty: 2617
Lokalizacja: Kielce
Nie dawaj całych tekstów. Chodzi tylko o fragmenty utworów.


Góra
Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: 2008-06-27, 14:41 
Czytelnik
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2008-06-26, 12:54
Posty: 133
Lokalizacja: Bełchatów
sQra napisał(a):
Nie dawaj całych tekstów. Chodzi tylko o fragmenty utworów.


Za pozno :P


Góra
Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: 2008-12-26, 23:43 
Mól książkowy

Dołączył(a): 2008-09-19, 20:49
Posty: 831
Lokalizacja: z krzesełka ; )
ale może ktoś chce sobie całe poczytać:)


Góra
Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: 2008-12-27, 16:14 
Władca ksiąg
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2006-07-18, 21:54
Posty: 2617
Lokalizacja: Kielce
kadzia napisał(a):
ale może ktoś chce sobie całe poczytać:)
To nie jest miejsce od tego.


Góra
Zobacz profil  
 
C. S. Lewis - Lew, Czarownica I Stara Szafa
Utwórz nowy wątek Ten wątek jest zablokowany. Nie możesz w nim pisać ani edytować postów.  [ Posty: 24 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2

Podobne tematy:

- Kwietniowa czarownica
- Czarownica z Portobello
- Czarownica z Radosnej
- Melania - Czarownica od Zaraz
- K. Nowak: Moja mama czarownica.
- Nastoletnia czarownica - Silver RavenWolf
- Maryse Condé - Ja, Tituba, czarownica z Salem
- Ja, Tituba, czarownica z Salem - Maryse Conde
- Stara książka
- Oscar Lewis


Przeczytaj również:

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Theme created StylerBB.net